Zjedzony samolot
1

Kiedyś przy przeglądaniu jednej z codziennych gazet znalazłem notatkę o facecie, który rzekomo zjadł poniższy samolot (taki Dodo )

Oczywiście nie nastąpiło to od razu, trwało tylko… 10 lat. Nie mniej jednak wyczyn godny zastanowienia jak to możliwe. Ten samolot, a także wiele innych rzeczy niemożliwych do zjedzenia połknął Michel Lotito, który w młodości odkrył swoje umiejętności i korzystał z nich do końca życia – zmarł w 2007 roku niby z powodów naturalnych, ale coś wierzyć się nie chce.

Chciałem dobrze wyszło jak zawsze
7

W marcu zeszłego roku postanowiłem ulżyć graczom GTA Vice City, którzy przez 14 lat (tak, tyle minęło już od premiery VC!) nie potrafili przejść NAJTRUDNIEJSZEJ MISJI W GTA czyli „Demolition Man” – przenoszenie bomb sterowanym helikopterkiem na teren budowy wieżowca.

Stworzony przez mnie mod był w budowie prosty jak cep, obsługa była banalna jak drut (naciśnięcie w trakcie misji jednego klawisza), a instrukcja była rozpisana na kilkanaście linijek, by łopatologicznie wytłumaczyć gdzie umieścić właściwy plik oraz, że mod działa tylko w obrębie misji J .

Na dzień dzisiejszy film promujący czut ma 35 tysięcy wyświetleń oraz 246 „łapek”, z czego 67% jest… W dół.

Pierwsze komentarze na YT były w stylu „zrób wersję na iOS”, „jak to włączyć”, „skąd ściągnąć”, „mam błąd”, „dzięki, działa, w końcu przeszedłem”.

Oczywiście cierpliwie odpowiadałem na pytania wypisując „link jest w opisie filmu” czy „wewnątrz archiwum jest instrukcja” lub „naciśnij i przytrzymaj zero 0”. Po jakimś czasie jednak zacząłem mieć wrażenie, że się powtarzam, bo wypisywałem tylko te trzy komentarze.

Mój film został zalany komentarzami, że „nie działa” lub „jak to włączyć”. Większość pisana łamaną angielszczyzną, nazywając mnie ich bratem (mam chyba sporą rodzinę w takim razie), a pseudonimy komentujących wskazują na bliskowschodnią nację (nie wiem czemu, ale patrząc na prośby o CHLENIX to mam wrażenie, że właśnie osoby tego pokroju piszą te komentarze). W końcu zostałem oskarżony o to, że całość jest fejkiem i marnuję ludziom czas.

No cóż, chciałem dobrze…

…ale na ludzką leniwość, głupotę i analfabetyzm nic nie poradzę.

A na komentarze powyższego typu przestałem odpisywać. Szkoda mojego czasu.

Aha i pod filmami przedstawiającymi podobne mody do Dildo Dodo i The Driver sprawa wygląda podobnie, ale jakoś nie ma tyle „łapek w dół”.

Far Cry 3 recenzja
6


Okazały krajobraz, który zostanie zalany krwią…

Pamiętam do dziś, jakim wielkim wydarzeniem było wydanie gry Far Cry. Zabójcze strzelaniny na pięknie wyglądającej wyspie, która wyciska 100% z, dzisiaj już starożytnych, komputerów. Nigdy jednak nie miałem okazji zagrać w tego hiciora sprzed lat. Sytuację mogła zmienić płytka z CD Action, na którym gra była kilka miesięcy temu zamieszczona. Skończyło się tragicznie. Samo menu gry już nie przetrwało próby czasu, intro było mega przekombinowane, w grze myszka nie działała (trzeba było przywracać ustawienia domyślne mimo, że nigdy nie były zmieniane), a po 20 minutach gry komputer mi się zawiesił na amen. Rozczarowany odinstalowałem grę, ale dalej miałem na nią chrapkę. Sięgnąłem więc po nowszą część, która nie wiem ile z pierwowzorem ma wspólnego (w końcu Ubisoft wyeliminował Cryteka) – ale jest dżungla i jest arsenał broni.

Gra jest mieszanką Dead Island i Just Cause z domieszką chorych snów Maxa Payne. Gra uruchamiała się na początku bardzo długo, ale wynikało to stąd, że zamiast obniżyć poziom detali, bawiłem się w zmianę DirectX z 11 na 9 . Gdy ustawiłem niemal wszystko na niską jakość, gra wciąż wyglądała super, ale uruchamiała się w normalnym czasie, nieco szybciej niż GTA 5 z dostosowanym commandline.

Gdy już przebrnąłem przez wszystkie pokazówy i mogłem zacząć chodzić gdzie chcę, bardzo szybko pogubiłem się w limitach gry. Na początku można mieć tylko jedną broń, nosić przy sobie kilka rzeczy i mieć maksymalnie 1000 dolarów przy sobie. Ograniczenia te szybko dały się we znaki, więc rozpocząłem nową grę i czym prędzej ruszyłem na łowy, bo zwiększenie tych limitów wiąże się ze zbieraniem skór określonych zwierząt (= zabiciu). Strzelanie do tygrysa z kałasznikowa nie jest oczywiście w żaden sposób humanitarne, ale po jakimś czasie da się „przywyknąć” do tego.

Aha i pierwszy minus – przerywników nie da się pominąć, więc musiałem intro obejrzeć dwa razy od A do Z.

Doświadczony już o to, co należy na początku gry zrobić, wyruszyłem z bohaterem w dzicz. Jeśli miałbym napisać recenzję w tym momencie, zapewne gra dostałaby 5/5. Dobra, minusik by był, ponieważ fabuła się troszkę nie klei – zwykły szarak wraz z kolegami leci na wakacje na wyspę. Tam schwytają go piraci, udaje mu się uciec i chce uratować przyjaciół.

Jakim kurwa cudem zwykły człowiek potrafi sprintować niczym biegacz, strzelać z broni niczym zawodowy żołnierz i co rusz oszukiwać śmierć.

Przywyknąłem do motywu superbohatera w grach. Tutaj mamy do czynienia z supersuperbohaterem, ale stworzona przez programistów osoba zupełnie do tego nie pasuje i jego delikatny głosik co chwilę mi o tym przypomina.

Mimo to wątek główny jest nawet ciekawy. Misje poboczne są za to bardzo nudne, stworzone chyba tylko po to by były. Zadania specjalnie jak zabijanie bossów czy odbijanie miejscówek są monotonne i schematyczne, że właściwie tylko nasze niedopatrzenia (które wciąż mogą się zdarzyć) spowodują porażkę.

Postacie w grze są bardzo charyzmatyczne i świetnie wkomponują się w całą otoczkę gry. Świetnie graną postacią jest Vaas. Wiecie co to znaczy szaleństwo? I tylko zniechęca, że

Spojler Pokaż

Troszkę o finałowej misji:

Spojler Pokaż

Ze strony wizualnej nie mam absolutnie żadnego zastrzeżenia, wszystko wygląda ładnie i realistycznie (szczególnie podpalając las – miazga!). Mam niewielkie zastrzeżenia do dźwięków wydobywających się z głośnika, mogły być lepiej dobrane (przede wszystkim pozbywając się odgłosów murzyńskich tub przy ładowaniu gry – jak gra się długo ładuje, to dudnienie mocno idzie na nerwy). Można było też postarać się o więcej podkładów muzycznych – w jamajskim klimacie reggae podczas spalania plantacji maryśki, to było świetne.

Tak jak wspominałem, na początku gra zapewnie was szybko porwie. Potem wszystko staje się liniowe, oprócz ciekawego wątku głównego. Na pewno Far Cry 3 jest grą godną polecenia, a to, ile wam przyniesie radości, zależeć będzie tylko od przymykania oka na niektóre elementy. Ocena: +4/5.

A oto krótka ekranizacja gry z naszym supersuperbohater – musicie przyznać, że cholernie nierealne .

Jedziemy na Wawel – czy jest po co?
0


Wawel – siedziba polskich królów i maszynka do zarabiania.

Korzystając z ładnej pogody i dnia wolnego z okazji Bożego Ciała postanowiłem wybrać się na słynny Zamek Królewski na Wawelu. Już kilka razy obok niego przechodziłem, byłem też za murami, ale nigdy nie wchodziłem głębiej tj. do komnat, ekspozycji czy wszelkich innych miejsc wymagających biletu wstępu. Wypadało w końcu zobaczyć taki Skarb przez duże „S” polskiej historii, kultury i życia.


Wawel dawniej.

Przygotowanie do wycieczki
Dziś z czystym sumieniem mogę napisać co warto wziąć na wycieczkę po Wawelu:

  • Prowiant (i wcale nie musicie poczuwać się jak cebulowy Janusz),
  • Woda lub sok (ilość zależna od liczby osób oraz liczby godzin, jaką tam spędzicie),
  • Wygodne buty (chociaż suma summarum niewiele pomogą, bo w końcu nogi odmówią posłuszeństwa),
  • Pieniądze. Dużo, chociaż za sprawą dwóch pierwszych punktów coś zaoszczędzicie.

A czego nie brać?

  • Aparatu fotograficznego, spokojnie wystarczy wam obiektyw jak z chybionej Nokii do zrobienia fotki na tle murów obronnych (szczegóły niżej).


Wawel to przede wszystkim miejsce wielu wycieczek, pielgrzymek, wydarzeń związanych z Kaczyńskimi – warto mieć to na uwadze przy planowaniu własnej wycieczki.

W kolejce do kasy
Przygotujcie się na długą kolejkę do kasy biletowej. Możecie odczekać kilka minut, możecie też 10 minut. W kasie deklarujecie, jakie atrakcje chcecie zobaczyć – każda oczywiście osobno płatna. Część atrakcji ma przydzielone godziny zwiedzania (przewodnik), część możecie zobaczyć kiedy zechcecie.

Ważne, aby nie przekombinować z ilością atrakcji, bo szybko przekroczycie stówkę albo i dwie (przy dwóch osobach), a wraz z każdą kolejną atrakcją zaczną was opuszczać siły (póki co musicie mi uwierzyć na słowo).

Ja ze swoją kobietą wybraliśmy w sumie 6 atrakcji – z czystym sumieniem powiem jednak, że optymalnie byłoby 3-4.

Odwal się od aparatu!
Odkurzywszy swój aparat fotograficzny (bo na wycieczkach dawno nie byłem, a w codziennych zastosowaniach komórka wystarcza) chciałem nacykać sporo zdjęć, by potem je wywołać lub pokazać na ekranie komputera i pokazać „o, a tu prezydent Mościcki nawet piechotą chodził”.

Nic z tego. Wszędzie tabliczki z zakazem fotografowania i słowne reprymendy od ochroniarzy (swoją drogą, 90% z nich to kobiety w starszym wieku, elegancko ubrane). Jaki jest sens jechać gdzieś, a nie zrobić żadnego zdjęcia? Osoba z pamięcią krótkotrwałą (ja) szybko zapomni, co zwiedziła i sprowadzi to do ogólności – nic ciekawego tam nie było. Na Wawelu zdjęcia nie zrobimy od 2010 roku, gdyż oficjalne stanowisko brzmi w deseń „można było, ale bez fleszy, bo to szkodzi eksponatom, ale ludzie i tak robili z fleszem więc całkowity zakaz”. Były próby walki w sądzie o przywrócenie możliwości, inne starania – jest 2017 rok i wciąż nie można zrobić zdjęcia.


Wskaż pięć rzeczy, które by cię zaciekawiły… Albo przynajmniej jedną.

Poza tym nie można niczego dotykać i na niczym siadać. Efekt jest taki – wybierając kilka atrakcji, odstęp między nimi wynosi godzinę. Zwiedzanie jednej (np. komnaty prywatne, które poza pewnymi detalami nie różnią się jakoś bardzo-bardzo od innych komnat) może zająć 50 minut, co oznacza, że mamy 10 minut na przejście do kolejnego miejsca i toaletę. Nie ma mowy o jedzeniu, bo kiedy? Choć są na miejscu restauracje, cena jest taka jak „na restauracje”, jakość jedzenia oceniłbym jako „zjadliwe”, jednak przy pośpiechu nie powoduje niczego dobrego dla naszego organizmu . Napoje są za to bardzo drogie – mała cola czy woda 0,2/0,3 litra to nawet 7 zł! A że pić się chce bardziej niż jeść przy takim zwiedzaniu…

Podczas zwiedzania oczywiście nie można siadać na wygodnych (przynajmniej takie wydawały się być z wyglądu) krzesłach i fotelach. Jeśli więc idziesz z jednej wystawy na drugą, to na początku jest spoko, ale po pewnym czasie nogi zaczną wchodzić tam, gdzie światło nie dociera.


Niby XXI wiek, ale dla mnie drugi człowiek jest nie do zastąpienia jeśli chodzi o oprowadzanie.

Z przewodnikiem czy bez? A może elektroniczny?
Zwiedzanie wystawy bez i z przewodnikiem to kolosalna różnica. Szliśmy na początku po komnatach bez przewodnika. Uwagi typu „ładny dywan”, „to się arras nazywa!”, „patrz jaki duży stół”, „tu pewnie audiencję przyjmował król” (o jednym krześle na całe pomieszczenie). Potem jakimś przypadkiem dogoniliśmy wycieczkę z przewodnikiem i nagle dowiedzieliśmy się, jakie podłoże historyczne mają przedmioty w komnatach, czemu takie dywany arrasy na ścianach. Różnica kolosalna.

Na samym końcu wybrawszy się na zwiedzanie kościoła otrzymaliśmy możliwość wypożyczenia audiobooka (za dodatkową opłatę oczywiście – facet wydający urządzenia żądał kaucji 100 zł albo mojego prawa jazdy, co chyba nie jest do końca zgodne z prawem… No, ale Wawel ponad prawem ). Dostaliśmy empetrójkę na której było ok. 30 nagrań, każde w formie NUMER. MIEJSCE ZWIEDZANIA z dołączoną mapką (coś jak to), który numer gdzie włączyć.

W teorii takie zwiedzanie z przewijaniem nagrań wydaje się być fajnym pomysłem, ale praktyka pokazuje, że wszystko gra, póki idziemy na bieżąco z nagraniem. Jeśli np. przejdziemy jakąś atrakcję (w tym wypadku np. sarkofag, pomnik), lektor opowiada o czymś czego nie widzimy i zaczynamy tego szukać, błądząc jeszcze bardziej. Albo np. gdy udaliśmy się na dzwon Zygmunta – lektor prosił, by wstrzymać nagranie, podczas gdy my byliśmy na bardzo stromych schodach i raczej patrzyłem „jak tu iść, by nie spaść’, a nie bawić się urządzeniem. W efekcie lektor zaczął nawijać dalej, a mi jeszcze trochę schodów zostało…

Podsumowanie
Jak stwierdził kolega z pracy – teraz mam kilka lat spokoju od zwiedzania Wawelu. Czemu kilka? Bo za sprawą zakazu fotografowania zapomnę co widziałem i będę musiał wrócić . Jeśli jakimś trafem bylibyście akurat w okolicy, możecie się przejść na Wawel. Stanowczo odradzam celowy przyjazd z daleka celem zwiedzania (chyba, że zorganizowana grupa???) – powodów myślę, że wymieniłem sporo, ale najważniejszy to niewielka ilość atrakcji, jaką zobaczycie – chyba, że chcecie się mocno wymordować .

A może ktoś z was już tam był przede mną i ma inne zdanie?