Póki dobrze
1

Coś moje wpisy mają charakter rozważający ostatnio…

Ale wiecie co wam powiem?

Jest dobrze, póki jest dobrze.

Niby trywialne, ale tak jest. Bo jest dobrze, póki

  • masz gdzie mieszkać,
  • masz co jeść,
  • masz jakiś grosz przy sobie,
  • masz do kogo zadzwonić,
  • masz do kogo przyjechać.

To wtedy możesz robić co chcesz. Możesz być

  • dobry lub zły,
  • wierzący lub nie,
  • kochającym mężem lub zmieniać partnerki jak rękawiczki,
  • korposzczurem lub podłym szczurem (hehe – w sensie kapuś).

Naprawdę, możesz robić co chcesz i masz pełną dowolność, i nikt ci się w to wcinać nie powinien. Ale niech choć coś z tego się wysypie. Przeżyj stratę bliskiej osoby, dużą stratę materialną, utratę pracy z dnia na dzień. Wtedy już nie jest dobrze, bo nie jest dobrze. I nie możesz już robić co chcesz. A musisz coś zmienić. Czasem wręcz czeka cię obrót o 180 stopni.

Zatem teraz – korzystaj. Ale bądź przygotowany na zmiany.

Da powrót
3

Było trochę cicho.

Ostatnimi czasy coraz mniej potrafię znaleźć czasu na pierdoły, na które kiedyś miałem od groma czasu. Dorosłość czy starzenie? W dziale „Na luzie” w CD-Action wypisano kilka przykładowych sytuacji, które oznajmują nam, że nasza młodość przeminęła. Moimi ulubionymi były:

  • Co słyszysz od swoich rodziców, 21 lat – młoda jesteś, 22 lata – młoda jesteś, 23 lata – młoda jesteś, 24 lata – młoda jesteś, 25 lat – MASZ MĘŻA? MASZ DZIECI?;
  • Gdy dzieci sąsiadów mówią ci „Dzień dobry”;
  • Gdy będąc na plaży widzisz młode dziewczyny w bikini i twoja pierwsza myśl to „oby użyły kremu przeciwsłonecznego”.

Nieco ponad rok temu o tym czasie, na początku lipca 2016 roku, obroniłem swoją pracę magisterką. Zwieńczyłem długie lata nauki fajną oceną końcową, ale trzeba było patrzeć w przód, bo za siedzenie na tyłku nikt nie płaci, a portfel w szwach nie pękał. Potem się okazuje, że skończyłeś studia, które niby są potrzebne, a pracy po nich nie ma. Przynajmniej w kwestii miłości mi się powiodło, bo spojrzałem na osobę, która zawsze gdzieś przy mnie była jakoś inaczej – ale dwa miesiące wcześniej byłem jeszcze samotnikiem, dla którego nikt na horyzoncie nie czekał, a jakoś sam też niewiele robiłem.

TL;DRponad rok temu byłem bezrobotnym po studiach, samotnym, z groszami przy sobie i prawie już bez dachu nad głową (akademik się kończył, a nowe zakwaterowanie powinno zależeć od miejsca pracy).

Czy mnie to przerażało? Ani trochę. Wiedziałem, że sprawę trzeba przycisnąć. Nie można narzekać, trzeba działać. Jeśli nie wpuszczą cię drzwiami, wchodzisz oknem.

Miesiąc później miałem już pracę, nowe miejsce zamieszkania, ale portfel płakał coraz bardziej. Pierwsza wypłata niska, bo byłem zatrudniony od połowy miesiąca, ale ponieważ mądre gospodarowanie miałem wpajane od lat i także na studiach nauczyłem się, jak właściwie obracać pieniądzem, to nie miałem problemu z dotrwaniem do kolejnej, już normalnej wypłaty.

A jak jest dziś? Dziewczyna została narzeczoną i planujemy imprezkę z białym welonem . Ja spełniam się zawodowo, a gospodarność pieniądzem sprawiła, że stać mnie było na zakup (i utrzymanie!) samochodu i innych rzeczy, ale wymieniać nie będę, bo chwalipiętą być to nie moja cecha. Puenta – przez rok czasu moje życie wskoczyło na szybkie obroty, ale jestem zadowolony.

Oczywiście coś za coś – szczerze to nie wiem kiedy ostatni raz GTA VC odpalałem. Moje ulubione GTA! Tak bardzo lubiłem grać i dłubać przy tym. Dziś nie ma kiedy, bo po pracy wolę rozrywkę (np. bitki wrestling na padzie) niż kolejne zadania i czytanie komentarzy hindusów na YT jak moje mody nie działają.

Ostatnio mam troszkę więcej czasu i mogę wieczorem godzinkę poświęcić na wszystko, co nie zrobiłem wcześniej. Tego jest rzecz jasna multum i pewnie lada moment wypadnie coś, co spowoduje, że będę musiał wszystko rzucić w kąt i wrócić… Kiedyś. Hej, od roku chciałem sprawdzić czy mi GG jeszcze działa i w ostatnią niedzielę się to udało ! Pozdrawiam Emila i Czabana!

Ale wiecie co?

Pewnego razu zjechała się śmietanka dyrektorska i mieliśmy zaplanowane wyjście na piwo. Nie powiem, skończyło się „chlańskiem”, ale ok. Od razu po skończonej pracy zamówiliśmy taksówkę, która zawiozła nas wprost do baru. Wiecie co wówczas usłyszałem? „Ciesz się życiem, ciesz się, że od razu po pracy taksówka zawiezie cię do knajpy i możesz wypić piwo”. Po prostu ŁOŁ, taki „se” tekst, a ile w tym prawdy! Podczas gdy niektórzy tyrają za grosze, mają masę problemów, mają zastój w życiu lub po prostu im nic nie wychodzi, ty czerpiesz z życia to co najlepsze. Tylko musisz zdać sobie z tego sprawę.

Trochę zboczyłem z toru w tej notce, a już pora ją kończyć.

Dodam tylko, że przy pisaniu w pewnym momencie towarzyszył mi fragment tej piosenki:

Pan Grabiec za sklepową ladę
1

Temat zakazu handlu w niedzielę pojawił się na poważnie rok temu. Ba, była nawet ankieta na murzynie (ostatnia póki co) powiązana z tym tematem. Po roku ciszy, sprawa wraca.

Póki co pomysł jest taki, by od początku roku co druga niedziela była wolna od handlu. Czy takie podejście jest słuszne – nie sądzę, ale na pewno dobrze, że taki pomysł pojawił się na tapecie i można wznowić dyskusje.

Skoro temat wrócił mamy znów wysyp artykułów, czy zakaz powinien w ogóle istnieć. A tutaj kwestia wydaje się dla mnie bezsporna – taki zakaz powinien istnieć. I gdy czytam wypowiedzi pan posła Grabiec z PO „robię zakupy w niedzielę ze względu na tryb mojej pracy, choć wolałbym ten dzień spędzić z rodziną”, zastanawiam się, czemu wciąż posłowie opozycji dziwią się, że ludzie mają dosyć posłów o korzeniach w Unii Wolności, skoro nie potrafią wstrzelić się w potrzeby zwykłego mieszkańca.

Pana posła poinformuję tylko, że aby on mógł zrobić zakupy w niedzielę, ktoś inny musi stanąć za sklepową ladą. Ten ktoś nie może wówczas spędzać dnia z rodziną, bo musi pana posła obsługiwać. Proponuję zatem, aby te dwie osoby się zamieniły i niech wówczas p. Grabiec zweryfikuje swe słowa. Pamiętam jak pewnego razu przez moją wieś przeszły mocne burze, drzewa, linie energetyczne i telefoniczne powalone. Oglądałem obraz katastrofy i wstąpiłem do sklepu (chyba chciałem coś kupić). Była sobota, godzina 17. Sklep nie może prowadzić handlu, jeśli nie ma działającej kasy fiskalnej, a bez prądu na baterii długo nie pociągnie. Kasa pikała informując o rozładowującej się baterii. A wiecie co na to sprzedawczyni? Wręcz się modliła, żeby urządzenie czym prędzej zdechło i mogła sklep zamknąć, i iść spokojnie do domu, a nie siedzieć do godziny 21!


Panie pośle, nie jeden by zamienił się z panem i stanął za tą mównicą zamiast za kasą…

U mnie w rodzinie nigdy nie robiono zakupów w niedzielę, poza drobnymi rzeczami, których się po prostu zapomniało kupić lub niespodziewanie się skończyły. Szło się wówczas po niedzielnej mszy do sklepu obok, kupiono co trzeba i wracało się do domu. A sam sklep był zamykany o godzinie 12-13, więc i panie sprzedawczynie mogły spokojnie zdążyć na niedzielny obiad w gronie rodzinnym. Główne zakupy robiło się w sobotę, jechało się z rana, kupowało się świeże wędliny, pieczywo wprost od producenta, może jakiś ciuch, potem pchało się koszyk sklepowy w supermarkecie lub sklepie osiedlowym i wracało się do domu z pełnymi torbami i lżejszym portfelem.

Mimo upływu lat, w mojej wiejskiej miejscowości taki schemat wciąż się kultywuje. W niedzielę pod każdym sklepem w obrębie kilku kilometrów (włącznie z małym miastem obok) zobaczysz jedynie pojedyncze auta.

A że „czym skorupka za młodu nasiąknie…”, to sam dzisiaj robię właściwie tak samo. Zakupy w niedzielę właściwie mi się nie zdarzają chyba, że z jakiś powodów przez cały tydzień nie miałem możliwości wybrać się na zakupy, a akurat jest dobra promocja. Ale biorąc pod uwagę, że pracuję 5 dni w tygodniu od 8 do 16, a sklepy są dziś otwarte do 20-21 bez problemu, to nie mam problemu iść wydać trochę gotówki po pracy – sama przyjemność . Chociaż najfajniej dla mnie jest wstać w sobotę rano i wybrać się po pachnącą szynkę, którą nakłada się potem na chrupiącą bułkę, mniam, ślinka przy powrocie sama leci .

Ale wracając na ziemię – w tym samym artykule poseł Grabiec przekonuje, że Polacy są zapracowani, a chcą w końcu te pieniądze wydać i najlepsze do tego są galerie handlowe, bo „Polacy traktują te miejsca jako przedłużenie niedzielnego spaceru” (sic!). Tak się składa, że wczoraj, w niedzielę, wybrałem się na spacer po okolicy i wracając zahaczyłem o galerię handlową (była po drodze, a tego dnia – tylko tego – miała być przecena w matrasie, który swoją drogą jest bankrutem i musi przynajmniej jakieś grosze uzbierać). I wręcz się przeraziłem, bo galeria handlowa nieduża, to na parkingu wysyp samochodów i multum ludzi wewnątrz. Hej, naprawdę musieliście dzisiaj przyjechać?

Na koniec słówko dla tych, którzy nie chcą zakazu handlu w niedzielę – mogę się założyć, że jesteście ludźmi pracującymi 5 dni w tygodniu. Skoro wy nie pracujecie w łikendy, dlaczego mają to robić sklepy? Skoro wy spędzacie wtedy czas z rodziną, dlaczego nie mogą robić tego pracownicy sklepów? Czy sprzedawca jest aż tak ważnym zawodem, że musi być wykonywany 7 dni w tygodniu?

Grosz w te, grosze we w te, czyli o cenach paliw
4

Ostatnio głośno było o ustawie wprowadzającą tzw. opłatę drogową do cen benzyny. Podwyżka miała by wynieść ok. 25 gr/l, a zysk przeznaczyć na remonty lokalnych dróg, na które zawsze brakuje samorządom funduszy. Pomijając dywagację, czy takie podejście jest słuszne (podwyżka cen benzyny = podwyżka wszystkiego; a czy piekarz musi doliczać do ceny pieczywa kilka groszy, by przeznaczyć je na remont polskich piekarni?; itd.), chciałbym się tutaj skupić na tym, czy 25 groszy to dużo czy mało.

Mijając stacje benzynowe myśli się często „o jej, tu jest 10 groszy drożej niż na stacji kilka kilometrów wcześniej, ale drożyzna”. Coś w tym jest, ale czy to aż tak duża różnica?

Przyjmijmy, że chcemy zatankować 40 litrów zwykłej Pb95.

Różnica 10 groszy da nam zysk 4 zł.

Różnica 25 groszy da nam zysk 10 zł.

Wiadomo, mieć te 10 czy nawet 4 zł, czy nie mieć – jest różnica. Ale czy za to zatankujemy więcej?

Przy obecnej cenie benzyny ok. 4,40 zł, da nam to od 1 do 2,3 litrów więcej – kilkanaście kilometrów więcej.

Przy horrendalnej cenie 6 zł, która była w 2012 roku, da nam to w najlepszym wypadku 1,7 litra więcej.

Jednak wracając do nostalgicznych czasów, kiedy można było kupić litr za nie więcej niż 3 zł, różnica wynosi 1,3-3,3 litra, co pozwala już na spokojnie pokonanie średniej trasy.

Wniosek jest za tym prosty: zamiast myśleć w kategorii „różnica na litrze”, należy myśleć „co mi z tej różnicy”, a do tego w największy sposób przyczynia się cena paliwa – im wyższa, tym mniejsze znaczenie ma różnica kilkunastu groszy. Jeśli co jakiś czas zatankujemy paliwo 10 groszy droższe, świat się nie skończy i na pewno nie jest to powód do lamentowania. Nawet jeśli akurat pech chciał, że tankujemy paliwo droższe o 25 groszy – nadal OK. Wszystko do momentu, w którym nie dzieje się to cyklicznie, bo w skali roku portfel poczuje na własnej skórze ( ) wydatki. Oznacza to też, że opłata drogowa dałaby się znacząco w kość szczególnie, że w niektórych sytuacjach samochodu zamienić się nie da.

PS. Przepraszam, że wpis dla niektórych może być aż za oczywisty, ale warto i takie błahe problemy czasem rozważać, bo są proste do zrozumienia .