Czy hamerykańce wymyślili kiedykolwiek coś normalnego?
Wielkie obniżki to znak rozpoznawczy czarnego piątku, znanego również jako Black Friday. Rabaty kuszą klientów, którzy ustawiają się w długich kolejkach dzień wcześniej, by potem w momencie otwarcia drzwi sklepowych biec przed siebie niczym Usain Bolt po rekord świata. Wszystko to wygląda dziko i śmiesznie, jeśli jedynie jesteśmy obserwatorami. Gorzej, gdy to my w takiej sytuacji jesteśmy.
Chociaż polskiemu czarnemu piątkowi daleko do zagranicznego Black Friday (bo obniżki nie są tak powalające), to każdy zaoszczędzony w kieszeni grosz się przyda. I jakoś tak wyszło, że skusiłem się na akcję reklamową Lidla…
Przychodzę około 20 minut przed otwarciem sklepu – bo aż tak mi nie zależy, żeby stać kilka godzin. Przede mną grupa około 15 osób (głównie typowe „baby”), każdy (każda) stoi w milczeniu i co jakiś czas zerka na zegarek. Im bliżej godziny otwarcia sklepu tym więcej ludzi, ale nie jest to tłum znany z filmów na YT, gdzie hołota pędzi przed siebie i potem się biją. W końcu drzwi się otwierają – wchodzimy. Niektórzy po wyjściu na prostą rozpoczynają sprint, jednak ja idę spokojnym tonem. Szukam towaru, który chcę kupić i… Nie mogę go znaleźć. Co dziwne, jakimś sposobem osoby przede mną od razu wiedziały gdzie pobiec, by kupić swoją upatrzoną rzecz. Chodzę, szukam – no nie ma. Patrzę na innych, jak wynoszą kartony z innymi rzeczami, ale nikogo nie widzę z tym, co ja chciałem. Przez pierwsze 5 minut w sklepie jest sajgon, mnóstwo ludzi, nikt nie ogarnia. Gdy powietrze się rozrzedza, podchodzę do pustego boksu, w którym miał być mój zakup, a kartka z informacją cenową, która ułatwiłaby mi jego odszukanie była na wysokości pępka, co przy otaczającej kosz grupie osób sprawia, że mogę szukać i szukać…
Wyszedłem ze sklepu z pustymi rękami i wkurzony.
Nigdy więcej czarnego piątku. I stania w kolejce przed otwarciem sklepu.

Opublikowano 3. grudnia 2016r. 
