Guns, gore & cannoli 2 recenzja
0

Mówcie o poślizgu!

O kontynuacji gry dowiedziałem się całkiem przypadkowo, na kilka dni przez przekładaną premierą. Przejście gry zajęło kilka dni, a recenzja powstaje miesiąc później… Hmhm…

W pierwszej części urzekła mnie kreskówkowa grafika oraz bardzo wysoka grywalność. Podczas grania, nawet przez chwilę nie myślałem o kolejnej części, bo fabuła została zakończona, a sama gra jako tzw. indyk raczej tworzona jest pod wydanie i zarobienie pieniędzy służących choćby do produkcji nowej gry, ale nie kontynuacji. Wierzcie mi więc, że na wieść o drugiej części przygód gangstera w mieście zombie bardzo się ucieszyłem.

Po co zmieniać to co dobre – w grze nadal mamy fajną kreskówkową grafikę (+ przerywniki filmowe) oraz klimatyczną ścieżkę dźwiękową. Możliwości gry zostały zwiększone za sprawą większego arsenału broni, techniki podwójnego skoku czy elementów walki na fale wrogów przy odpalaniu dynamitu. Wciąż jednak mamy wielu przeróżnych przeciwników, których kasujemy kilkoma strzałami z broni. Poziom trudności z kolei został obniżony, bo mam wrażenie, że walki z bossami stały się mniej uciążliwe – poza tym ostatnim, który naprawdę wymaga sporo zwinności. Humor stoi na bardzo wysokim poziomie, a najlepszym potwierdzeniem niech będzie moment w okolicach połowy rozgrywki, gdzie przeżyć alternatywną wersję słynnego ataku z 1944 r – co to będzie, nie spojleruję.

Podsumowując, zabawa jest przednia i nie widzę powodów, by gry nie polecić – a jeśli nie graliście w pierwszą część to czym prędzej najpierw to nadróbcie. Długość gry jest zdecydowanie największym minusem, ale rekompensuje to przyjemnie spędzonym czasem.

Ocena końcowa to 4++. Dlaczego dwa plusy? Pierwsza część otrzymała 4+, a kontynuacja wielkich rewolucji nie podjęła, jednak samo to, że powstała, zasługuje na dodatkowy plusik, co jednak jest za mało na 5-. Może trzecia część otrzyma taką notę, bo od tej chwili liczę, że się ukaże!

Myśliciel nie do okiełznania
11

W ostatnim czasie miałem niezwykłą przyjemność uczestniczyć w cyklu wykładów, które kosztowały więcej niż moja pensja netto (koszty pokrył pracodawca, no bo jak inaczej…). Jeden z wykładów poświęcony był popularnemu ostatnio pojęciu machine learning czyli uczenie maszynowe zastosowane w praktyce.

Pokrótce, pomysł uczenia maszynowego pojawił się już w połowie ubiegłego wieku, ale dopiero ze względu na rozwój informatyki w ostatnich kilkunastu latach i ogromnej mocy obliczeniowej komputerów, stało się możliwe zastosowanie tej metody w wielu dziedzinach, gdzie potrzebni są wirtualni pomocnicy. W internecie jest sporo artykułów o tym, na czym uczenie maszynowe polega, ale najtrafniej przedstawia to artykuł w CD Action 11/2017 z łatwym przykładem do zrozumienia – analiza zdjęć.

Załóżmy, że chcemy, aby pokazywać programu komputerowemu dowolne zdjęcie, a on ma stwierdzić, czy na tym zdjęciu jest kot. Główną ideą uczenia maszynowego jest to, że nie powiesz (albo bardzo mało) komputerowi, jak wygląda kot – on sam ma do tego dojść. Możesz zatem powiedzieć „to takie stworzenie, które ma cztery łapy, futerko i lubi spać”, definicja ogólna, ale jak najbardziej ok. Jeśli jednak poprosisz komputer, by na podstawie tej definicji narysował to zwierzę, zapewne narysuje coś, co w ogóle kota nie przypomina. Wtedy my mówimy, że to nie jest kot, ale proszę, tutaj 1000 zdjęć z kotami, pooglądaj je i spróbuj zrozumieć swój błąd.

Ćwiczenie – jeśli uważacie, że przykład jest bez sensu,

Spojler Pokaż

Gdy komputer „zczai” już jak wygląda kot, kontynuujemy etap nauczania, bombardując go milionami zdjęć, różnych, zawierających koty oraz bez nich, z pytaniem „czy na tym zdjęciu jest kot?”. Komputer „zgaduje” na podstawie swoich wcześniejszych doświadczeń tak/nie, a następnie sprawdza z człowiekiem, czy udzielił poprawnej odpowiedzi, podnosząc cały czas swoją wiedzę. Oznacza to, że wraz z kolejnymi przykładami będzie rosła skuteczność rozpoznawania obrazów, aż osiągnie on poziom wyższy, niż ma człowiek (90 kilka procent)!

W ten sposób otrzymaliśmy program komputerowy, który jest wydajniejszy i szybszy od człowieka. Pomyślcie tym samym, ile możliwych różnych zastosowań może mieć nauczanie maszynowe… Odpowiednio nauczone maszyny mogą odkrywać relacje, rozwiązywać zawiłe problemy czy optymalizować procesy, o ile dostaną ogromną porcję wiarygodnych danych… I będą to robić lepiej niż jakikolwiek człowiek.

Przejdźmy zatem do clou notki. Wykład polegał na pokazaniu zastosowaniu nauczania maszynowego w ubezpieczeniach, a konkretny problem skupiał się na wycenie polisy OC. Kalkulacja takiego OC obarczana jest nomen-omen pewnym ryzykiem, bowiem nie da się w momencie zawarcia polisy stwierdzić:
1. Czy oraz ile szkód nastąpi w trakcie trwania polisy?
2. Jaka będzie sumaryczna wartość szkód?
3. Kiedy nastąpi zgłoszenie szkody (zgłoszenie może pojawić się nawet kilka lat po zakończeniu polisy, ale szkoda nastąpiła w momencie trwania polisy!)?

Towarzystwo ubezpieczeniowe, by ustalić wysokość OC, korzysta z wielu czynników, które na etapie modelowania statystycznego dają najwięcej odpowiedzi na postawione powyżej pytania. Część jest oczywista, jak np. marka auta, model auta, wiek kierowcy, miejsce zamieszkania kierowcy, staż kierowcy, wiek współwłaściciela, staż współwłaściciela, bezszkodowa jazda. Inna część już nie do końca np. kolor samochodu, wielkość tłumika, obecność CB radia, stopień przyciemnienia szyb, średnia wieku samochodów w okolicy miejsca zamieszkania.

Pytanie – jak myślicie, ile zmiennych może być używanych do wyliczenia składki?

Spojler Pokaż

Całkiem sporo, co nie? Problemem jest więc spiąć to wszystko razem. Ci z was, którzy mieli statystykę na poziomie wyższym niż średnia czy mediana, usłyszeli o rozkładzie Poisson czy o modelach liniowych i tak, to co mówi się na wykładach, że są one wykorzystywane do wyliczenia OC, to prawda. A przynajmniej były używane.

Spojler Pokaż

Prezentujący powiedział, że w jego firmie ubezpieczeniowej postanowiono przetestować możliwość wprowadzenia uczenia maszynowego do wyliczenia składek. Możecie więc sobie wyobrazić, że odpowiedni program komputerowy był bombardowany milionami danych, by sam oszacował wielkość możliwej szkody, a następnie porównał z rzeczywistą szkodą. Efekt możecie przewidzieć – przeszkolony program komputerowy wyliczał prawdopodobieństwo szkody lepiej, aniżeli matematyczny model i w ten sposób dobierał wysokość polisy bardziej adekwatnie.


Tak w przybliżeniu możemy wyobrazić sobie sposób, w jaki komputer modeluje.

Wszystko fajnie, jest jednak jedno wielkie, ale to wielkie ALE. O ile model matematyczny można zrozumieć i uzasadnić, tak model dobrany przez komputer jest niewytłumaczalny, nawet dla twórców aplikacji. Oznacza to więc, że popularne stwierdzenie „bo komputer tak wyliczył” (zapraszam po więcej Maszyna myśli, człowiek nie), które kiedyś było używane w kontekście zwyczajnej niewiedzy albo lenistwa, by zrozumieć, tak dzisiaj będzie używane coraz częściej, bowiem naprawdę nikt nie będzie w stanie wyniku komputera zinterpretować i wybronić. Możemy w ten sposób dojść do abstrakcyjnej sytuacji, że komputer wypluje wynik kompletnie bez sensu, ale będziemy uznawać wyższość maszyny, bo przecież się nie myli.

Czytając co nieco o nauczaniu maszynowym, nasuwa się pytanie – czyżby SkyNet był coraz bliżej? Naukowcy twierdzą, że nie, w końcu maszyny uczą się, by pomagać człowiekowi i wyręczać z (monotonnych) zadań, chociaż grupa niezgadzająca się z tą tezą będzie rosła tak szybko, jak szybko uczenie maszynowe będzie odgrywać coraz większa rolę w naszym życiu.

Pokaz bety Mafii 1
0

Prawie jak trenowanie po szopach

Warto zwrócić uwagę, że w menu (niebieskim) znajdziemy tryb Multiplayer oraz coś o nazwie Movie Theatre. O ile o trybie wieloosobowym wielbicie mafii wiedzą, tak tryb kinowy? Hmh…

Mafia 2 recenzja
8

Po niesamowitej Mafii 1 (którą zrecenzowałem po 10 latach na łamach murzyna) – niesamowitej za sprawą wciągającej fabuły (może poza wątkiem, że taksówkarz staje się mafiozo ), dopracowaniu wielu szczegółów oraz świetnej ścieżki fonicznej. Praktycznie nieznane wcześniej czeskie studio programistyczne z marszu zdobyło rozgłos, podejmuje rękawice z Rockstar Games, które za sprawą GTA 3 zostawiło konkurentów daleko w tyle.

Przypomnijmy sobie zresztą Mafię 1!

Gdy więc poszła informacja, że będzie kontynuacja (od tych samych twórców), oczekiwania były ogromne. I niestety, ale deweloperzy ich nie przeskoczyli. Stworzyli wprawdzie dobrą grę, ale nie była tym, czym pierwowzór, co potwierdzają choćby oceny na gry-online – Mafia 1: 9,4/10, Mafia 2: 8,2/10. Moim zdaniem brakowało „mafii w mafii”. Poniższa recenzja opiera się o moją drugą przygodę z Mafią 2.

Pierwsze momenty akcji, czyli udział naszego bohatera Vito w wojnie od razu daje graczu do zrozumienia, że gra idzie innym tokiem myślenia niż jedynka (w kierunku rynku amerykańskiego? – w końcu czeskie studio zostało dwa lata wcześniej kupione przez amerykańskie Take Two). Po wojnie wracamy do rodzinnego miasta i od razu zostajemy przywitani przez naszego kolegę od tańca i różańca. Cel drugiego rozdziału jest prosty – trzeba pokazać się matce, ale ile przyjemności sprawiło mi łażenie po okolicy i gadanie z napotkanymi ludźmi oraz obserwacja zachowań innych!

I wielka szkoda, że w kolejnych rozdziałach nie zdecydowano się pójść tym tropem… Chociaż w grze jest wiele drobnych dopracowań (roznoszenie gazet, odpadające kołpaki, uruchomione wycieraczki w czasie deszczu, zjeżdżanie kierowców na bok celem sprawdzenia stanu samochodu…), żaden z nich nie ma istotnego wpływu na gracza.

Fabuła jest zresztą jedną wielką sinusoidą – po powrocie z wojny zajmujemy się drobnymi rzeczami i gdy w końcu zaczyna się nam układać, trafiamy do więzienia. Gdy z niego wychodzimy, zaczynamy ponownie pracować na respekt i wstępujemy do mafii, ale brak tutaj zżycia z innymi gangsterami (poza oczywiście z Joe). W końcu ktoś się wkurzył i spalił dom Vito, gracz nie ma grosza przy sobie, coś tam robimy, znowu wpadka z przekrętem Henry’ego, szukanie na gwałt kasy i wielki finał.

Takie ciągłe wzloty i upadki moim zdaniem mocno zaszkodziły fabule. Dla porównania, w „jedynce” cały czas pięliśmy się w górę. Niby każda misja była schematyczna – stary dziad coś tam bajdurzy, bierzemy kumpli i idziemy po brońki oraz wóz, i ruszamy na miasto – ale doskonale pozwalało wczuć się w rolę mafii trzęsącej miastem.

Skoro już o fabule piszę – od początku miałem twórcom trochę za złe, że wpletli wątek Tommy’ego Angelo do gry w mocno przeciętny sposób. Co prawda tak samo kiedyś miałem za złe zakończenie Mafii 1 (bo jaki sens grać postacią, która w końcu zostanie zabita?), ale dziś powiem, że to było dosyć sprytne zwieńczenie fabuły z dosadnym morałem. Przedstawienie śmierci Angelo z perspektywy bohaterów Mafii 2 ma sens, mam jednak żal, że zostało to pokazane jako sposób dorobienia się kilku groszy dla mafiozów, nad którymi wisi groźba kulki w łeb. Wolałbym jakąś solidną podbudowę i w innym momencie gry…

Swoją drogą – czy już przy tworzeniu Mafii 1 padł pomysł o kontynuacji i powiązania gier poprzez scenę śmierci Angelo? Jeśli ktoś zna odpowiedź na to pytanie proszę o komentarz .

Tyle na temat fabuły. Ze strony graficznej jest naprawdę dobrze, nawet dziś, czyli 8 lat po premierze, do grafiki po prostu nie da się doczepić, a do tego gracze nvidii mają PhysX. Duży plusik także za mapę w wersji śnieżnej i letniej (to ślizganie się na zaśnieżonej drodze ). Gra dorobiła się także więcej piosenek, które mimo że pochodzą z lat 50. ubiegłego wieku, powinniśmy część rozpoznać. Podobały mi się także wspomniane wcześniej rozmaite dopracowania, a fajnym i dosyć oryginalnym akcentem było zbieranie okładek Playboya – RIP Hugh. Miłym dodatkiem było umieszczenie zeznań Angelo na ekranach ładowania, chociaż przy szybko wczytującej się grze niewiele przeczytamy . Na minus niestety duży regres inteligencji policji, którzy właściwie przestali być zainteresowani wykroczeniami gracza, niewykorzystany potencjał telefonu, brak trybu swobodnego poruszania się po mieście. Mieszane odczucia mam do ruchu drogowego, bo z jednej strony włączanie się do ruchu z różnych pasów przebiega wyjątkowo płynnie, z drugiej, jak chyba w każdej grze z dużym światem, komputerowi kierowcy mają tendencję do bezsensownej zmiany pasa ruchu, szczególnie gdy pędzimy pustym pasem zawrotną prędkością. Kompletnie skaszaniono system HP. Niby mamy 100% życia i życie się samo po kilku sekundach uzupełnia, jednak uzupełnienie to jest tylko do niewielkiego poziomu, a w trakcie misji rzadko kiedy znajdziemy przekąski, którymi przywracamy pasek życia do koloru zieleni. Wygląda to więc tak, że rozpoczynając misję z pełnym paskiem, dostaniemy kilka kulek i nasz stan życia będzie gdzieś na 50%. Od tego momentu musimy się chować za wszystkim, bowiem dwa strzały i bohater zginie, więc resztę misji właściwie przechodzimy mając 1-50% HP… Ale misję przejdziemy.

Gra doczekała się także kilku dodatków DLC, których ideę będę zawsze krytykować, bo to żywy wyzysk i śmianie się w twarz gracza (OT: bezczelność by przed premierą Far Cry 5 już mówić o płatnych dodatkach). Dwa dodatki z przygodami Jimmy’ego wyłączyłem tak szybko jak włączyłem, ale wątek Joe wydawał mi się być interesujący i tak na początku było, bo rozwikłaliśmy sprawę z wkopaniem Vito do więzienia. Potem natomiast było marnie, misje nudne, frustrujące, bez jakiejkolwiek podbudowy (statyczny ekran z obrazkiem za odprawę przed-misyjną) i bezsensowny czasomierz. Zapewne chodziło tutaj o rywalizowanie z innymi graczami, ale jak można rywalizować, gdy gra nie zachęca do zabawy? Jak dla mnie wspomniane DLC jakością wykonania przypominają darmowe modyfikacje do GTA dodające misje.

Ode mnie gra dostaje 4 z małym +. Gra jest dobra, ale stać ją było na więcej i prawdopodobnie miała być bardziej dopracowana, co zobaczymy na poniższym filmie przedstawiającym fragmenty pokazu możliwości wczesnej wersji gry. Ciekawy jest także komentarz pod filmem – zamieszczam.

Spojler Pokaż