Biedny pirat, nie żyje i jeszcze taka baba…
2

Dzisiaj od samego rana dobry humor, bo takiej po*ierdolonej historii to chyba jeszcze nie słyszałem.

Wyszła za mąż za ducha pirata zmarłego 300 lat temu. „To moja bratnia dusza”

Rozterka życia – którą pracę i płacę wybrać?
3


Hajs się musi zgadzać.

Wpis ten powstał po rozmowie z kolegą, który jest w trakcie zmiany pracy. Spośród wielu CV, które rozesłał, otrzymał pozytywną odpowiedź „chcemy cię” od dwóch firm, czyli jest w komfortowej sytuacji, bo ma realny wpływ na wybór. Wybór ten okazał się być dla niego… trudny.

Jedna firma to typowe korpo, gdzie w internecie komentarz negatywny wali się za negatywnym, a średni wiek pracownika to 20 kilka lat. O drugiej firmie niewiele wiem, ale takiego zapierdolu jak w tej pierwszej na pewno nie ma. Kolega miał problem z wyborem, bo choć zdaje sobie sprawę, że praca w pierwszej firmie będzie bardziej wymagająca i stresująca, to dadzą 500 zł na rękę więcej.

W momencie, gdy chodzi o kasę, człowiek głupieje, co zauważyłem już niejeden raz. Liczy się przede wszystkim czterocyfrowa liczba na pasku płacowym, a na dalszy odkłada się sposób, w jaki te pieniądze się zarobi, chociaż ja zawsze poskreślam „za darmo tych pieniędzy nie dają”. Jeśli nie jesteśmy w sytuacji ekstremalnej, gdzie pieniędzy nie starcza do kolejnej wypłaty, powinniśmy porównywać nie wynagrodzenia na paskach, ale wynagrodzenia rzeczywiste, które uwzględniają kwestie dojazdu oraz stylu pracy.

W skrócie: czasem lepiej zarobić mniej.

Realne wynagrodzenie godzinowe
Najprostsza i jakże ważna zasada – dojazd do pracy powinien być wliczony jako czas pracy. Weźmy na tapetę prosty przypadek, mamy do wyboru pracę A, w której obowiązuje stawka 8 zł/godzinę oraz pracę B ze stawką 10 zł/godzinę. Obie prace mają podobny charakter, różni je jedynie odległość od naszego domu – A jest ulicę dalej, B jest w odległości 50 km, czyli pokonanie trasy dom-praca-dom będzie zajmować dwie godziny.

Prosty rachunek wykaże, że w A zarobimy po 8 godzinach 64 zł, z kolei w B będzie to 80 zł. Jeśli jednak uwzględnimy czas dojazdu (który do A jest minimalny, więc go nie uwzgędniamy):
64 zł / 8 godzin = 8 zł
80 zł / ( 8 godzin + 2 godziny dojazdu ) = 8 zł

Mimo tego, że w pracy B zarobimy miesięcznie ok. 350 zł więcej i niejeden by się z tego cieszył, marnujemy więcej czasu na dojazd, który można przeznaczyć na ciekawsze zajęcia niż jazda samochodem. W rezultacie obie prace zapewniają ten sam zarobek.

Koszty dojazdu
Czas jest wartością łatwo do szacowania (+ korki i inne sytuacje drogowe), nieco trudniej jest poprawnie wyliczyć koszt dojazdu. Jeśli korzystamy z komunikacji publicznej, sprawa jest łatwa, bo wtedy kupujemy bilet miesięczny, który ma stałą cenę, która zmienia się co kilka lat. W przypadku samochodu, trzeba przyjąć średnie spalanie i wymnożyć przez cenę paliwa, która jest zmienna, a do tego doliczyć awaryjność pojazdu.

Rozpatrzmy przykład jak wyżej, z tym że stawka w B wynosi 16 zł, a więc dwa razy tyle niż w A. Bez wątpienia realne wynagrodzenie godzinowe będzie wyższe w B i dojazd się opłaca. Mamy do wyboru dwa sposoby dojeżdżania do pracy:

  • samochodem, dwie godziny w dwie strony, średnie spalanie 6l/100 km, cena benzyny 4,60zł/l
  • pociągiem, trzy i pół godziny w dwie strony, bilet miesięczny 250 zł

Koszt transportu będzie wtedy wynosić w miesiącu z 22 dniami roboczymi:
samochodem: 22 dni * 6 litrów paliwa (bo 100 km w ciągu dnia) * 4,60 zł/l = 607,20 zł + ewentualne naprawy samochodu
pociągiem: 250 zł i ani grosza więcej

Nikt chyba nie jest zaskoczony, że pociągiem wyszło taniej. Jak ma się to do czasu dojazdu? Wyliczmy najpierw realne wynagrodzenie godzinowe (po jednym dniu zarobimy 128 zł)
128 zł / 10 godzin = 12,80 zł
128 zł / 11,5 godzin = 11,13 zł

Co w miesiącu z 22 dniami roboczymi daje odpowiednio kwoty na poziomie 2252,80 zł oraz 1958,88 zł. Odejmując od tego koszty transportu uzyskujemy, że dojeżdżając samochodem zarobimy 1645,60 zł, a pociągiem 1708,88 zł. Mamy więc różnicę ponad 60 zł na korzyść pociągu, jednak bez uwzględniania napraw samochodu. W tym wypadku podróż pociągiem jest bardziej opłacalna, jednak czy warto zmienić pracę z A na B? W A zarobimy 1408 zł, czyli 300 zł mniej, więc zmiana pracy jest wyraźnie opłacalna.

Różnicę 60 zł można łatwo zniwelować, dojeżdżając z kimś z okolicy, przerabiając samochód na gaz (zwiększając jednorazowo koszt, który zwróci się po upływie kilku lat) czy choćby czekając na obniżkę cen na stacjach paliw. To sprawia, że otrzymany wynik będzie zawsze podany z pewnym błędem.

Atmosfera pracy, presja, rzeczy do zrobienia po drodze
O ile koszty dojazdu da się wyliczyć przy pewnych założeniach, rzeczą niemierzalną jest atmosfera pracy. Czy warto zamienić spokojną pracę na pracę w ciągłym stresie z darmowymi nadgodzinami, dostając kilka stówek więcej? Tu niestety nie ma jednoznacznej odpowiedzi, bo zależy to przede wszystkim od nas samych – w końcu nie każdy z nas dobrze znosi pracę pod presją. Innym czynnikiem do rozważenia będzie choćby możliwość zrobienia zakupów w markecie po pracy, „po drodze”, gdzie ceny będą niższe niż w sklepie na wsi. Szybko można dojść do wniosku, że jest wiele takich drobnych czynników, które też należy mieć z tyłu głowy, wybierając pracę.

No dobra, ale co zrobił kolega?
Kolega długo rozmyślał, którą pracę wybrać. Mimo wszelkich negatywnych zdań, jakie usłyszał o korpo, 500 zł na rękę więcej jednak go kusiło. Szybko jednak policzył, że na dojazd musi kupić bilet miesięczny za 100 zł podczas, gdy do drugiej firmy może dojść na nogach. Z 500 zł zrobiło się „nagle” 400 zł, więc było już mniej kusząco. Potem uwzględnił czas potrzebny na dojazd oraz darmowe nadgodziny w korpo, które uniemożliwiałyby dawanie dodatkowych korepetycji, z których zawsze jakiś grosz wpadnie. Ostatecznie zdecydował się pracę w firmie za 500 zł mniej wiedząc, że tak naprawdę tylko zyskuje .

Ognisty lisek odłożony do szafy
4

Pamiętam doskonale pojawienie się Firefoxa na rynku. Internet był w powijakach, ale jak już ktoś miał brzęczący modem, to odkrywał wirtualny świat z pomocą Windowsowego Internet Explorera. Był Netscape Navigator, była Opera, była Mozilla, ale IE starczał. Internet zaczął się rozwijać, a fundacja Mozilli postanowiła swoją flagową przeglądarkę odchudzić, tworząc Firefoxa. Wyobrażacie sobie dzisiaj otwieranie każdej nowej strony w nowym oknie? Kiedyś tylko tak przeglądano internet, a wprowadzenie obsługi kart w którejś wersji Firefoxa 0.x było rozwiązaniem innowacyjnym.

Z czasem Firefox zdobywał coraz większą popularność, odbierając dotychczasowych użytkowników IE oraz świeżaków w internetowych progach. Program był stale rozwijany, wtyczki pozwalały na nieograniczone rozbudowanie opcji (i na początku trzeba je było instalować ręcznie!). Wszystko fajnie, póki nie pojawił się konkurent w postaci Google Chrome i zaczęła się „wojna numerkowa”, kto z tej dwójki wyda wersję z wyższą liczbą.

Tę wojnę Firefox przegrał, gdyż będąc na szczycie popularność, stracił ogromny udział w rynku przeglądarek. Chcąc sytuację podratować, twórcy hucznie wydali wersję 57, nazwaną Quantum i opisując, jaka ona jest wspaniała i szybko działa.

Tylko, że ona szybko działa, bo większość wtyczek nie działa…

I tak, będąc użytkownikiem Firefoxa od wersji z „zerem” na początku, zakończyła się moja przygoda z tą przeglądarką. Ognistego liska zamieniłem na… Wodnego.

Waterfox to tzw. fork Firefoxa. Powstawał jako 64-bitowa wersja Firefoxa, gdy tej jeszcze nie było. Dziś to wciąż klon Firefoxa, przystosowany dla systemów 64-bitowych, z wyłączoną telemetrią oraz odblokowanymi „starymi” wtyczkami, które w Quantum nie działają. Wystarczy zainstalować Waterfoxa, w kreatorze skopiować profil Firefoxa i voila!

Dotarłeś do celu, ale czas na dalszą podróż
5

Wiecie, myślałem że dziś będzie spoko dzień. Do południa w pracy, potem coś poogarniam i wieczorem siądę do komputera, by coś zagrać.

Tak myślałem do momentu, w którym wróciłem z pracy. Godzina 16, już ciemno, ale coś jeszcze widać. Pada lekki śnieżyk połączony z mżawką. Skręcam w osiedle, ale w oddali widzę pojazdy na sygnale. Gdy zaparkowałem samochód, byłem niedaleko sygnałów świetlnych. Podchodzę bliżej – policja, karetka, wóz strażacki, samochód na awaryjnych. Jestem po drugiej stronie ulicy od miejsca zdarzenia i czuję wewnętrzny niepokój widząc, że wykonywana jest na kimś akcja ratunkowa…

Sekundy później podjeżdża jakiś samochód i wychodzi mężczyzna i kobieta. Idą w kierunku zdarzenia, a przez drogę w nieoznakowanym miejscu przebiegają szybko. Machają do ratowników ręką. Rodzina?

Chodnikiem idzie kobieta w wieku 60 lat. Nie wiem jak to się dzieje, ale w momentach tragedii nawet nieznajomi stają się dla siebie bliscy. Też jest tym widokiem poruszona. Oboje wierzymy, że ta historia będzie miała szczęśliwy finał mimo, że w kierunku poszkodowanego niesiony jest parawan. Nachodzi mnie chwila refleksji i wyznaję „ja boję się jeździć po nocy”. Niewiele widać, każdy się śpieszy, inni kierowcy oślepiają sku*wysyńskymi halogenami albo jadą na zderzaku, piesi chodzą jak chcą… Malutki błąd może kosztować dużo. O wiele za dużo.

Kobieta przyznaje, że martwi się o swojego syna, który często jedzie gdzieś w nocy. Opowiada, że dla niego to takie proste, po prostu wyjść i wsiąść w samochód. Chociaż widać po niej, że w tamtym miejscu o tamtym czasie zobaczyła naocznie, jakie to może mieć konsekwencje.

Rozchodzimy się.

Szczerze? Nie uważam się za wspaniałego kierowcę. Przejechałem już sporo, w różnych sytuacjach byłem, ale wciąż dużo mi brakuje. Nadrabiam za to rozwagą – przy ostrych zakrętach staram się dużo wyhamować; przy przejściach dla pieszych, choćby były puste, zdejmuję nogę z gazu; jeśli warunki są trudne, to pojadę i 50 kmh poza zabudowanym mimo, że za mną sznur wkurwionych kierowców, że musieli akurat mnie spotkać na drodze. Moim celem zawsze jest bezpieczna podróż. I dlatego najbardziej martwi mnie to, że nawet jeśli ja zachowam się jak najbardziej poprawnie, tak z naprzeciwka ktoś może jechać „na czołówkę”. I co wtedy?

Wiecie, raz jadąc do swojej kobiety po takich wiochach, gdzie latarnie albo nie świecą, albo świecą gdzieś na pobocze zamiast na drogę, nie zatrzymałem się przed przejściem dla pieszych, gdy ktoś z naprzeciwka przepuszczał pieszego (właśnie od tamtego momentu zacząłem zwalniać przed przejściami, jak pisałem wyżej). Było to w październiku lub listopadzie, było już ciemno, nie pamiętam czy padało. Widziałem samochód z naprzeciwka, ale myślałem, że się włącza do ruchu lub skręca i dlatego tak wolno jedzie – a on zatrzymał się, by przepuścić pieszego. Ja tego nie zauważyłem i przejechałem, ale na szczęście pieszy nie wszedł na jezdnię. Teoretycznie kierowca przepuszczający pieszego powinien też wziąć poprawkę na samochody z naprzeciwka, tak samo jak pieszemu by korona z głowy nie spadła, gdyby ubrał coś odblaskowego ale trudno – ja popełniłem błąd, który mógł kosztować czyjeś życie.

Od tamtego momentu powiedziałem, pierdolę, wolę jechać z rana.

Wiecie co wydarzyło się dwa tygodnie później? Na tych samych pasach ktoś potrącił 4-letnią dziewczynkę, która szła wieczorem z matką. Dziewczynka poleciała 30 metrów (!) i mimo transportu do szpitala zmarła. Koleś akurat był po narkotykach, ale czy to ważne, skoro matka będzie musiała pochować swoje dziecko… Do prasowego artykułu o zdarzeniu dodano komentarze mieszkańców, że szybka jazda w tym miejscu to codzienność i przejście jest naprawdę słabo oświetlone. Pod tym riposta zarządu dróg – wszystko jest OK, nie wiemy o co ludziom chodzi. I tak odbija się piłeczkę, a ludzie giną.

Dzisiejszy wieczór mija mi w atmosferze refleksji i zadumy. Bo w tym miejscu mógł być każdy z nas. Zarówno po stronie kierowcy, jak i pieszego, bo jak się potem okazało, pieszy przechodził w nieznakowym miejscu, a kierowca był w złym miejscu o złym czasie. Czyli w świetle prawa, kierowca nie jest winny, ale trauma z powodu morderstwa, zostanie do końca życia. Niestety, ale pieszy nie przeżył.

Życie jest ulotne. Zła decyzja, zła sekunda. W domu czekają na poszkodowanego, ale ten przedwcześnie musiał rozpocząć podróż do wieczności. Czy to było konieczne? Czy można było temu zapobiec? To są pytania, które każdy z nas powinien sobie zadać i starać się minimalizować liczbę sytuacji jak wspomniana. Jednak póki choć jeden uczestnik ruchu będzie zachowywać się nierozważnie, takie sytuacje będą się powtarzać w kółko i w kółko, i w kółko.

I w kółko.

Spojler Pokaż