Dorwać zabójcę
0

Jeśli obiła się wam o uszy ostatnio sprawa morderstwa w Łodzi – to notka właśnie o tym. Ale nie tylko.

O zaginięciu pewnej mieszkanki Łodzi dowiedziałem się przez media społecznościowe. Brat zaginionej zamieścił wpis, w którym poinformował o zaginięciu jego siostry i prosi o pomoc. Patrząc na udostępnienia wpisu, wiadomość poszła wzdłuż i wszerz w Polskę. Osobiście nie uważam, by to w jakikolwiek sposób miało to pomóc sprawie, bo przecież należy szukać jak najbliżej miejsca, w którym ją ostatnio widziano, a podając informację dalej tworzy się tylko większe zamieszanie oraz zwiększa grono obserwatorów, którzy do sprawy nic nie wniosą, a mają najwięcej do powiedzenia.

Po części takim obserwatorem stałem się ja. Prawdopodobnie gdyby nie podany dalej wpis, o uprowadzeniu kobiety dowiedziałbym się dużo później. Rzecz ta wydarzyła się w Łodzi, a więc mieście, które nie jest mi totalnie obojętne ze względów zawodowych, chociaż szczerze uważam „nie ma co tam robić” i dziwię się, że niektórzy jadą tam w celach turystycznych.

Zacząłem śledzić kolejne, szczątkowe doniesienia odnośnie poszukiwań. Historia sprawy nie jest skomplikowana, a pokazuje, jak łatwo można było nieszczęścia uniknąć i jak opieszale działały służby, które przecież mają nas chronić!

Poniższy tekst pisany na podstawie artykułów dostępnych w internecie – jest ich sporo, stąd bez linków źródłowych.

W piątkowy wieczór, do jednej z łódzkich dyskotek idzie Paulina D. Można powiedzieć, że ładna dziewczyna, choć trafniejszym określeniem jest „zrobiona”, patrząc na jej profil na FB (o ironio, ma tam jeden „śmieszny” obrazek dotyczący życia w Łodzi). Z dyskoteki wychodzi dopiero w sobotni poranek w towarzystwie kolegi, który po drodze wpada na przekąskę, a Paulina kontynuuje podróż do domu w pojedynkę. Gdy godziny mijają, a dziewczyny wciąż nie było w domu, rodzina zaczęła się niepokoić. Wtedy już łodzianka nie żyła.

Około godziny 8 zarejestrowały ją ostatni raz kamery monitoringu w towarzystwie nieznanej wówczas osoby, którą okazał się Gruzin, pracujący na jeden z łódzkich budowli. Obcokrajowiec ten przyjechał wraz z innymi rodakami do nas za chlebem, ale nie omieszkał w międzyczasie chodzić na imprezy czy namawiać obcych ludzi do spożywania z nim oraz z jego kolegami alkoholu.

Niedaleko miejsca, gdzie widziano Paulinę ostatni raz byli, znajduje się hostel, w którym mieszkali obcokrajowcy. Na ten moment nie wiadomo, czemu Paulina poszła z Gruzinem. Odpowiedź mają dać m.in. badania toksykologiczne. Weszli razem do mieszkania, a co tam się wydarzyło lub miało się wydarzyć pozostaje na razie pod znakiem zapytania. Skończyło się jednak tak, że Paulina została pobita, a sama śmierć nastąpiła po ugodzeniu nożem w szyję. Zwłoki zapakowano w torbę i przewieziono taksówką w okolicę pobliskich stawów. Tam podejrzany o zabójstwo Gruzin przykrył je liśćmi, po czym wyjechał na Ukrainę. Jego koledzy do tego czasu też zdołali się ulotnić z mieszkania.

Policja wkroczy do akcji nieco później, czyli gdy jest już po wszystkim.

Całe szczęście, podjęto słuszny trop i odnaleziono kilka osób, które o sprawie co nieco wiedziały i zaczęli sypać… Za poszukiwanym Gruzinem wystawiono notę Interpolu, a po podaniu jego imienia i nazwiska, jego profil na FB został błyskawicznie odnaleziony i zalany komentarzami przez internautów. Grozili mu dopadnięciem, szubienicą czy nawet atakiem na rodzinę – ale w ten sposób się nie walczy! Na jednym ze zdjęć, Gruzin pozuje ze strzelbą…

Kwestią czasu było namierzenie podejrzanego. Został schwytany i czeka na ekstradycję do Polski.

Sprawa będzie mieć jeszcze dalsze epizody i finał w postaci dożywocia dla Gruzina. Co jednak powinniśmy z tej historii zapamiętać?

  • Za bardzo ufamy ludziom. Jasne, być może 99% ludzi, których spotykamy, nie zrobi nam krzywdy. Ale zawsze znajdzie się ten jakiś jeden wariat, którego należy ominąć szerokim łukiem. Czy jesteśmy w stanie go rozpoznać? Jeśli nie, po prostu zachowajmy ostrożność, szczególnie podczas imprez masowych.
  • Nie chodźmy sami. Można przejść piechotą kilka kilometrów, a porwanie może nastąpić przed płotem. Zawsze wracajmy z kimś, a jeśli nie ma takiej możliwości – wybierajmy taksówki.
  • Trzymajmy się razem. Panowie powinni mieć oko na Panie, a Panie nie zgrywać kobiet wyzwolonych, że sobie same poradzą. Uprowadzeń pojedynczych osób jest mnóstwo, grup ludzi – nie słyszałem.
  • Nie liczmy na szybką pomoc. Policja potrzebuje czasu, by podjąć trop, a monitoring miejski to filmowanie starą kamerą na kasety, z którego nic nie widać (kilka słów niżej). Jeśli kiedykolwiek ktoś zaginie, działajmy od razu. Każda upływająca minuta działa na niekorzyść.

Wspominałem o monitoringu miejskim. Niby jest, ale tak naprawdę go nie ma, bo jakość nagrań jest fatalna. Podczas kampanii prezydenckiej Krakowa, kandydatka Wassermann postulowała o zwiększeniu monitoringu w mieście. Pierwsza myśl – po co? Ale patrząc na sprawy takie jak zaginięcie Pauliny, więcej monitoringu, ale przede wszystkim lepszej jakości, pozwalałoby takie sprawy rozwiązać efektywniej, a jak już stwierdziliśmy – czas jest na wagę złota.

Innymi sprawami zaginięcia, które warto rozpatrzeć, jest zaginięcie Ewy Tylan, (super podsumowanie przez TVN 24) czy zaginięcie Iwony Wieczorek – tu akurat nie ma żadnego śladu, choć zaginięcie miało miejsce w 2010 r. Pamiętam jeszcze, jak siedzieliśmy na kanale LeszekIwa na Pino (kto pamięta…?) i poświęcił jedną z audycji na temat Iwony. Lata minęły i wciąż cisza…

Bądźcie czujni!

Kartka z ślubnego notatnika 2
2


Niby szczęście, a wydatki…

Poprzednią część zakończyliśmy sytuacją, w której obie zakochane strony chcą formalnie zawrzeć związek małżeński.

Wydaje się, że dalej powinno pójść jak z płatka – udać się do jubilera po obrączki (proste lub wymyślne np. z rytmem bicia serca [???]), iść do urzędu stanu cywilnego załatwić papierkową robotę oraz, jeśli chcemy, by związek był zawarty po Bożemu, iść do księdza. Jakby nie patrzeć, wystarczyłoby ok. 3 miesięcy na to, by zostać mężem i żoną.

Stety-niestety, w polskiej tradycji przyjęło się, że jak ślub, to duża impreza weselna. A właściwie, to impreza ta jest ważniejsza od samego aktu małżeństwa (duży !). Patrząc na to chłodnym okiem – ty zmieniasz stan cywilny, a przychodzą jacyś ludzie zjeść, wypić i potańczyć. Dlatego wcale nie dziwię się, że co niektórzy decydują się na ślub w kameralnym gronie albo jadą na drugi koniec Polski czy świata, by w malowniczym otoczeniu z garstką najbliższych wziąć ślub.

Ale cóż, tradycja to tradycja i warto tradycje pielęgnować, bo bez nich życie jest zbyt szare. Zatem postanowione – robimy polskie wesele, czytaj, ludzie mają się bawić, muzyka grać, a wódka litrami lać.

Stąd też pierwszym krokiem w planowaniu ślubu jest… Znalezienie sali. Dopiero, gdy znajdziemy pasującą salę i mamy termin, może ruszyć machina, o której pisałem na początku.

Wybór sali może być albo bardzo prosty, albo bardzo trudny. Na pewno po zaklepaniu terminu będziecie jeszcze na wszystkie strony kombinować, czy podjęto słuszny wybór. Lepiej jednak nic nie zmieniać, bo prawdą jest, że jeszcze się nie taki narodził, co by mu każdy dogodził : ) i nie da się jednoznacznie stwierdzić, która sala będzie najlepsza. W jednej niby fajnie, ale czegoś brakuje, w drugiej to jest, ale nie ma czegoś innego, trzecia z kolei jest ponad nasz budżet… Rozumiecie.

Proponuję najpierw rozejrzeć się za miejscami organizującymi wesela w okolicach Panny Młodej (od razu zaznaczam, że stodoły i inne „fajowe” pomysły to nie mój gust). Największym idiotyzmem jest wybór sali w połowie drogi między Panem Młodym i Panią Młodą. Ma to może sens, jeśli jest to różnica, ja wiem, max 10 km? W każdym innym wypadku jest to nonsens. Dlaczego? Bowiem w ten sposób każdy musi dojechać, czyli musi być w rodzinie wyznaczony kierowca, a kto chce być kierowcą na weselu?

Rozejrzyjmy się zatem w niedalekiej okolicy, popatrzmy co oferują, jakie są warunki, jaka cena. Jeśli jesteśmy zdecydowani, zapytajmy o termin. Wtedy czasem może być zonk, bowiem czekanie rok-dwa na termin to już standard, ale coraz częściej rezerwacje są robione na trzy i więcej lat w przód! Rezerwacja takiego terminu wydaje się być irracjonalna pomijając sam fakt, że do tego czasu związek może się rozpaść : ). Te maksymalnie dwa lata każdy przeczeka, bo przygotowań jest naprawdę sporo, więc będzie co robić w międzyczasie. Ale więcej? Nie ma mowy.

Gdy już mamy termin sali, powinniśmy znaleźć zespół lub dj-a. Co kto lubi, ale muzyka na żywo, żeby tylko nie jakoś bardzo fałszowana, zawsze będzie lepsza od empetrójki.

Takie pomysły na muzykę też są…

Przy szukaniu grajków możemy ich szukać tak naprawdę w całej Polsce – dojadą, więc nawet jeśli jeden zespół odmówi, to znajdzie się inny. Jeśli chodzi o cenę, to zależna jest ona przede wszystkim od… liczby muzyków. Można mieć np. 3 muzyków za 3000 zł albo 5 za 5000 zł. W obu przypadkach na głowę schodzi po 1000 zł, więc dla nich zarobek ten sam. Różnica dla ciebie jest taka, że płacisz 2000 zł więcej plus jeszcze musisz każdemu zapłacić za talerzyk, by miał siłę cokolwiek ze swoich strun głosowych wydobyć.

Muzyka na weselu jest ważna, bo od niej zależy, czy będzie parkiet pełen gości, czy będzie martwy. Jeśli wybierzesz koncert smyczkowy albo wokalistów wykonujących utwory, które grane były na ostatniej dyskotece, masz gwarancję trupa. Oczywiście, tobie może się to podobać, ale przecież o to właśnie chodzi w weselnej zabawie – to goście mają się bawić, nie ty. Smutne, ale to już stwierdziliśmy na początku notki.

Jeśli te dwie części są ustalone, można ruszyć dalej. W przypadku ślubu kościelnego należy udać się do księdza odpowiednio wcześniej, by przedstawić go przed faktem dokonanym dotyczącym dnia i ustalić godzinę ceremonii. Ksiądz powinien być z parafii Panny Młodej chyba, że chcecie „zapłacić podwójnie”. On skieruje was na nauki małżeńskie, które wbrew wszelkim plotkom, o seksie nic nie mówią . Głównie jak należy traktować  przyszłego małżonka, czym jest miłość, dziecko i kalendarzyk. Więcej nie pamiętam . Na pewno nie jest to coś nie do przejścia.

I jeśli ty, czytelniku, uważasz, że teraz już będzie z górki, to w następnej notce dowiesz się, ile dodatkowych drobnych rzeczy jeszcze cię czeka…

Jest coś dalej
0

Rok temu w okolicach Wszystkich Świętych podzieliłem się emocjonalnym filmem, w którym jasnowidz Krzysztof Jackowski odnalazł zwłoki zaginionej osoby, a sam zaginiony miał do niego przyjść i powiedzieć, jak bardzo szczęśliwy jest z życia pozaziemskiego i nie rozumie rozpaczy bliskich.

W tym roku wyszło podobnie… Ponownie znany polski jasnowidz dzieli się historią związaną ze śmiercią członka rodziny. Jestem przekonany, że historia jak ta poniżej, czy ta sprzed roku, uświadamiają nas, że dzisiaj, w dniu Wszystkich Świętych, gdy wyjdziemy na groby, nie idziemy tam po to, by płakać po zmarłym, żalić się lub wchodzić w plotki z innym. Bardziej idźmy tam z myślą, że jego żywot na tej ziemi się zakończył i trwa obecnie w innym, szczęśliwym dla niego, świecie.

Dziś prawdziwych polityków już nie ma
3


Kto ich zna?

Garść przemyśleń.

Ostatnie wybory samorządowej w mojej gminie były niezwykle ciekawe. Były to pierwsze lokalne wybory, w których wszystkie komitety wykorzystywały fejsbuka jako część kampanii wyborczej. I wyszło im to… przeciętnie.

Wiadomo, dla potencjalnych burmistrzów jest to darmowa reklama, która ma całkiem spory zasięg, a jednocześnie pokazuje mieszkańcom, że można „wyjść do ludzi”. A czym są suche wpisy bez komentarzy? No właśnie, pod większością wpisów opisujących program pewnego komitetu, stałe grono osób o różnych poglądach zaczęło toczyć dyskusję, w które wciągnęli się także kandydaci. Głupotą komentujących było przede wszystkim to, że pisali często śmiałe komentarze, posługując się swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem. A jak wiadomo, w małych miejscowościach nic nie ginie. Z kolei jeden z kandydatów wdał się aż tak w dyskusję, że zaczął ironicznie pisać w stosunku do komentujących, co z pewnością nie pomogło mu w kampanii, bowiem nie zdobył upragnionego stołka.

Czyli wniosek – darmowa reklama nie oznacza efektywną .


Kto kandydował do samorządu w ostatnich wyborach? Jak tytuł sam mówi, prawdziwych polityków już nie ma. Jeśli spojrzycie choćby na składy nowo wybranych rad miejskich (szczególnie w mniejszych miejscowościach), to może kilka osób rzeczywiście ma powołanie do służby ludziom. Cała reszta dostała się tam, bo ktoś na nich zagłosował, a bo to sąsiad, dobry kolega albo… Jest po prostu znany. Śmieję się, że mój ojciec skreślił podczas wyborów strażaka, przedsiębiorcę, nauczyciela oraz żużlowca . Ale, ku mojemu zaskoczeniu, żaden z nich się nie dostał. Sądziłem, że takie osoby popłyną na fali popularności, a jednak tak się nie stało. Za to w sąsiedniej gminie wygrał muzyk co prawda od kilku lat piastuje już samorządowe stanowisko, to jednak nadal wydaje regularnie kolejne płyty .


Mój dawny nauczyciel ze szkoły średniej także kandydował do rady miasta. Na pewno miał zdjęcie z uściskiem dłoni przewodniczącego komitetu, które zamieścił na portalu społecznościowym. Koniec końców otrzymał około 200 głosów. Dużo czy mało – zależy jak patrzeć. Zamieścił jednak wpis na FB, w którym wspomniał „jak dużo głosów dodał” oraz „nie prowadził w ogóle kampanii” oraz „bardzo dziękuje, to siła do działania”. Nie wiem, czy jest się czym chwalić, że nie prowadził kampanii i się nie dostał? Być może czegoś nie rozumiem. Albo po prostu, trzeba jakoś wyjść z twarzą z każdej sytuacji.