Szlachetne zdrowie…
0

…Nikt się nie dowie,
Jako smakujesz,
Aż się zepsujesz.

Powyższy fragment fraszki „Na zdrowie” Jana Kochanowskiego zna zapewne każdy z nas. Chociaż ukazała się ponad 400 lat temu, jej treść jest wciąż aktualna, choć nieco zapomniana. Motywem przewodnim fraszki jest określenie zdrowia jako przedmiotu o najwyższej wartości. Jeśli jesteśmy zdrowi – jest dobrze. Jeśli zdrowia nie mamy – na nic wszystkie skarby świata, po prostu jest źle.

Notka ta miała powstać w marcu, po wybuchu epidemii koronawirusa w Polsce. Choć lepiej to nazwać „wybuchu paniki”, bo gdy liczba osób ze zdiagnozowanym koronawirusem wyrażała się za pomocą pojedynczej cyfry, naród wpadł w szał. Pamiętacie puste półki w sklepach? I jak tam, zjedliście już zapasy ryżu, czy zdążyły się w nich zalegnąć mole?

Jednak celem notki nie było (a właściwie to nie jest – bo, hej, w końcu powstała!) pisanie o koronawirusie. Robił to każdy i wszędzie, a ekspertem nie jestem, więc do tematu nic sensownego nie wniosę. Chciałem natomiast zwrócić uwagę jak nagle… zaczęliśmy dbać o zdrowie.

Przede wszystkim mocno ograniczyliśmy nasze wyjścia z domu, była nawet akcja z celebrytami #SiedźWDomu. Ludzie w domach zaczęli bzikować, inni natomiast korzystać z życia. Jako, że ludziom się nudziło, to sami stwarzali fejk-niusy, choćby to, że do sklepu można wyjść, ale tylko najbliższego. Wszędzie porozstawiane płyny do dezynfekcji, nawet klamki w drzwiach dezynfekowano. Kolejny fejk-nius: wódką można się skutecznie dezynfekować. W sklepach przestrzegaliśmy dystansu od innych, w końcu skończyło się wjeżdżanie wózkiem osoby za nami w kolejce w naszą d*pę. Policja zaczęła dawać mandaty według widzimisię (zostały później anulowane). W końcu zrozumieliśmy, że nie trzeba łazić bezsensownie po gminie by zgłosić sprawę urzędową, można to zrobić zdalnie. Nawet praca była zdalna, co dla części było zbawieniem, a dla części utrapieniem (szczególnie dla młodych rodziców). No i zaczęliśmy dbać o naszą higieną – w końcu myliśmy ręce po wyjściu z kibla (sic!).

Do czego zmierzam – przejęliśmy się koronawirusem, bo się go baliśmy.

Koronawirus był często porównywany do zwykłej grypy, pojawiającej się co roku w okresie jesień/zima – w sezonie 2018/2019 zachorowało na nią 3,7 mln osób, czyli gdzieś 10% całego społeczeństwa (liczba wydaje się niedoszacowana, bo ile osób było niezdiagnozowanych?). Grypę i koronawirus łączy sposób przenoszenia wirusa – drogą kropelkową, przez kontakt z zarażonym.

Przypomnijmy sobie więc, jak wyglądały sezony grypowe przed epidemią koronawirusa. Czy ludzie chorzy zostawali w domach, by nie zarażać innych? Czy ludzie chorzy starali się utrzymać higienę osobistą na najwyższym poziomie? Czy ludzie chorzy przejęli się grypą?

Nie?

Nie.

Po prostu przyjęło się, że grypa (zamiennie przeziębienie) to taka choroba, która przychodzi i po kilku dniach sama przechodzi. Uznano, że to coś normalnego i można z tym funkcjonować, a przede wszystkim chodzić do pracy. No bo co będę brał L4, to nie wypada – pomyśli niejeden (podobno co szósty z nas odmawia wypisania L4). Bo szef źle spojrzy, bo przecież dużo roboty jest, bo w sumie grypa to nie choroba. Jak coś to wezmę dzień urlopu (wypoczynkowego!).

Dlaczego tak lekceważąco podchodzimy do choroby? Podam przykład z mojego życia. Zawsze byłem dzieckiem chorowitym, a mimo to nie opuściłem jakoś mocno zajęć szkolnych. Rodzice, którzy pracowali u „prywaciarzy” byli zdania, że chorym można być cały czas, więc musiałbym odpuścić cały rok szkolny. Dlatego szedłem do szkoły z lejącym się z nosa katarem, a nos po kilku godzinach był czerwony niczym Rudolf z bajek o świętym mikołaju. Szczerze – czy to ma sens?

Moi rodzice, rzecz jasna sami mimo choroby szli do pracy. Wytłumaczenie jest banalne, dla nich okres na chorobowym oznacza mniejsze wynagrodzenie – 80% podstawy i być może uwalone premie. W czasach, gdy każdy zarabiał mało, zarabianie jeszcze mniej po prostu nie wchodziło w grę. Ale to nie jest symbol dawnych czasów, dzisiaj w zakładach pracy wciąż można spotkać premie za przepracowanie 100% czasu pracy, czyli bez chorobowego. Swojego czasu popularny był nius, jakie to super zarobki są w sklepach typu Biedronka. Już nawet doszliśmy do stwierdzenia, że kasjer zarabia lepiej od nauczyciela! Oczywiście nikt nie wspomina, że aby kasjer mógł takie wysokie zarobi osiągnąć, musi spełnić kilka warunków – w tym przede wszystkim nie chorować… (a nauczyciel dostaje 13 wypłat za 9 miesięcy pracy… Mówmy o tym, kto się napracuje…).

Wracając do mojej historii – do szkoły chodziłem mimo choroby. Gdy poszedłem do pracy, nauczony od rodziców postępowałem jak oni. Pewnego razu, gdy się przeziębiłem, w ciągu dnia męczyłem się z kaszlem i katarem, a po powrocie do domu próbowałem się leczyć, by kolejnego dnia znowu iść do pracy. W końcu „prawie się wyleczyłem”, czyli większość objawów przeszła, ale jeszcze byłem minimalnie chory. Skończyło się tak, że choroba postanowiła wrócić ze zdwojoną siła i mnie rozłożyła na łopatki. Poszedłem wtedy do lekarza i wziąłem chorobowe.

Po powrocie do pracy usłyszałem jeden komentarz w stylu „gdy ja byłem taki chory jak ty to chodziłem do pracy”, z kolei od rodziców „ZNOWU jesteś na chorobowym?”. Ja natomiast po tamtym incydencie zmieniłem swoje podejście do zdrowia i jeśli widzę, że jestem chory, to idę na zwolnienie z dwóch powodów. Po pierwsze – z pewnością szybciej dojdę do siebie, jeśli przez kilka dni odpocznę. Po drugie – gdy kogoś zaraziłem, miałem go potem na sumieniu. A sumienie lepiej mieć czyste.

Dlatego, żeby zmienić nasze lekceważące podejście do kwestii zdrowia i choroby, wydarzyć muszą się dwie rzeczy. Po pierwsze pracodawcy powinni skończyć patrzyć „z byka” na osoby na L4 i przemyśleć, czy jest sens premiować osoby, które przychodzą do pracy i zarażają tylko dlatego, że inaczej zostaną pozbawieni premii. Po drugie pracownicy powinni zrozumieć, że chodzenie chorym do pracy robi więcej szkód niż pożytku i przebywanie na L4 nie jest powodem do wstydu.

Dbajmy o nasze zdrowie, szanujmy je, a także pamiętajmy o zdrowiu innych. Przychodząc chorym do pracy, obojętnie na co, świadomie zarażamy innych, a oni będą zarażać kolejnych. A to przecież podręcznikowy scenariusz na rozwój epidemii! Póki nie zmieni się nasze podejście do chorób, póki będziemy je lekceważyć „bo to nic takiego”, póki nie będziemy stosować się do odgórnych wytycznych (mam tu na myśli te dotyczące koronawirusa), choroby w naszym społeczeństwie będą zawsze obecne, a jeśli będą zbierać śmiertelny plon, to będzie w tym także nasz udział.

Trzymajcie się i „Na zdrowie”!

Moje czasy grania w Assasin’s Creed
1

Nie będę oszukiwał, że trochę za dużo życia straciłem ostatnio na przejściu kolejnych części Assasin’s Creed, doszedłem do Rogue i na razie pauza. Poniżej podaję czasy gry wraz z oceną i krótkim komentarzem. Czasy grania pochodzą z Gameplay Time Tracker, monitoruje każdą grę, niezależnie od sposobu zainstalowania (steam/płyty/wirtualne płyty).

Gra: czas DD:GG:MM – ocena i opis

Assasin’s Creed: 16:57 – ocena 5- była osobna notka
Assasin’s Creed II: 20:33 – ocena 5 świetna gra, zresztą historia pokazuje, że jeśli w pierwszej części gry bohater jest mało empatyczny, a w drugiej wręcz przeciwnie, to nowa gra już ma przewagę. Oprócz tego klimat renesansowych Włoch, nowe możliwości i Leonardo da Vinci jako ważna postać. AC2 nie da się nie lubić. No i plus, że przedstawili Altaira jako ważną postać. Gdyby Rockstar tworzył AC2, pewnie skończyłoby się tak.
Assasin’s Creed Brotherhood: 23:45 – ocena 5- trzeba szczerze powiedzieć, że gdyby zrobili to samo co w AC2, ludzie byliby niezadowoleni. Dodali więc sojuszników i bardzo dziwną opcję związana z kupowaniem nieruchomości. Gra zaczyna się robić przekombinowana, ale kontynuacja Ezio i renesansowych Włoch dają klimat.
Assasin’s Creed Revelations: 14:46 (aż sam nie dowierzam?) – ocena 4+ nowa turecka lokalizacja i stary Ezio, który jest bardziej akrobatyczny niż kiedykolwiek. Gra robi się coraz bardziej przekombinowana (w tej części pojawiły się granaty, z których korzystałem może kilka razy i to przypadkowo…), historia z uwięzieniem Desmonda w Animusie to śmiech na sali, ale przynajmniej Ubisoft postarał się, by dodać trochę do fabuły AC1 i dał wspomnienia Altaira.
Assasin’s Creed III: 1:02:00 – ocena 4- widać ktoś zrozumiał, że nie można cały czas historię Ezia ciągnąć i chciał dać coś innego, a wyszło kiepsko (pomijając, że gra w wersji Remaster dopiero działa). Coraz mniej assasyna w AC, a szkoda bo choć pomysły był fajne, to potencjał zmarnowany (przejście z Haythama na Connora, ich trudna relacja, podobna trochę do Desmonda z jego ojcem – a mimo to brak nawiązań w grze! Szkoda też, że nie wykorzystano faktu z Revelations, że mózg Desmonda jest już w rozsypce i można było dać przeskakiwanie sterowania pomiędzy Haythamem i Connorem, szczególnie podczas ich walki). Beznadziejny crafting, za dużo wątków historycznych. Widać jak na dłoni, że AC2 było świetną grą… i tak trudną do przebicia.
Assasin’s Creed Black Flag: 1:13:00 – ocena 5- gdzieś przeczytałem komentarz, że ta część wbija kija w tyłek serii. Problem z tą grą jest taki sam jak w przypadku Saints Row 4 – to fajna gra, ale gdyby była wydana pod innym szyldem. Black Flag przez większość czasu jest o piratach i choć zabawa jest dobra, to jednak za mało asasynów, a szkoda, bo początek był intrygujący i zapowiadał ciekawą historię. Dziwna też decyzja, żeby kolejny raz badać ród Kenwaya.
Assasin’s Creed Rogue: 1:08:00 – ocena 5- choć gra rzeczywiście może przypominać duże DLC do Black Flag, to nie mam nic przeciwko. Widać, że tutaj w końcu naprawiono to, czego zabrakło w Black Flag, było o asasynach i templariuszach, były nawiązania do innej części (w końcu AC3 zaczyna nabierać sensu), a poza tym były lubiane wojny na morzu, choć mniej emocjonujące niż w Black Flag.

ciąg dalszy być może nastąpi…

Wyłącz to światło! I inne mity o rachunku za prąd cz. 5
2

„Ale dużo przyszło do zapłaty” to hasło pojawia się w każdym domu po otrzymaniu rachunku za prąd. Rzecz jasna chcemy widzieć, czemu akurat tyle mamy do zapłaty, ale nie pozwalają nam ku temu hieroglify na rachunku, z których nic nie da się zrozumieć.

Rachunek jest bardzo skomplikowany, a wynika to z tego, że posiada on wiele składowych, a każda składowa wyliczana jest na swój sposób. To trochę jak z telefonią 20 lat temu, były różne stawki dla połączeń krajowych, międzymiastowych, międzynarodowych, w tej samej lub obcej sieci i do tego różne stawki za dzień i noc. Problem był ten sam – coś tam dzwoniliśmy, ale nie byliśmy w stanie zweryfikować poprawności rachunku, więc po prostu płaciło się tyle, ile operator chciał. Dzisiaj natomiast mamy jedną stałą stawkę do wszystkich (lub więcej w zależności od planu taryfowego, ale przyjęła się jedna stawka). Tak duże uproszczenie spowodowało, że rachunki telefoniczne stały się czytelne – wiedząc ile minut się przegadało, mnoży się stawkę za minutę i tyle jest do zapłacenia (+ abonament).

Dlaczego tak samo nie może być z rachunkiem za prąd? Chciałbym znać odpowiedź na to pytanie. Póki co nic nie zanosi się ku temu, by rachunek został uproszczony, więc dobrze byłoby w końcu go zrozumieć. Posłużę się przykładową fakturą z Taurona.

Oprócz tysiąca informacji, że to my mamy zapłacić za rachunek, najważniejsza część rachunku to pola Sprzedaż energii i Dystrybucja energii. Co to takiego?

Jeśli kupujemy przedmiot przez internet, nasz rachunek stanowi dwa składniki – sprzedaż produktu i jego dostawa (wykluczamy „darmowe dostawy”, bo one są zawsze jakoś wliczone w cenę ). Sprzedający produkt otrzymuje kwotę ze sprzedaży, natomiast poczta lub kurier otrzymuje kwotę za dostawę. Identycznie należy rozumieć Sprzedaż i Dystrybucję energii, najpierw płacimy za „sam” prąd, a potem płacimy za jego dostarczenie po sieci kablowej. Zgodnie z ideą i futurystycznymi wizjami, prąd możemy kupić nawet od przedsiębiorstwa mającego farmę paneli fotowoltaicznych z drugiego końca Polski (jest dowolność), natomiast dostarczyć musi nam właściciel masztów (czyli jest tylko jeden). Fizycznie jest to rzecz jasna niemożliwe, natomiast ma to charakter rozliczeniowy pomiędzy firmami z branży energetycznej.

Tak czy owak, w dużym skrócie można przyjąć, że Sprzedaż i Dystrybucja wpływają 50/50 na naszą finalną cenę. Jak napisałem wyżej, sprzedawać prąd może nam każdy, możemy więc cenę za sprzedaż zmienić, natomiast dystrybucja jest odgórnie ustalona i generalnie(*) stawek nie da się zmienić.

Spojler Pokaż

Rozliczenie Sprzedaży jest bardzo proste. Energia elektryczna czynna całodobowa to po prostu nasze zużycie energii (pamiętacie – spisywanie liczników). Mnożymy to przez cenę energii i to tyle… Ewentualnie może być jeszcze doliczana opłata stała (abonamentowa), niezależna od zużycia prądu.

Rozliczenie Dystrybucji jest trudniejsze. Po pierwsze trzeba zauważyć, że część składników zależna jest od zużycia, natomiast pozostała część jest niezależna od poboru (mnożona przez liczbę miesięcy). Dlaczego nie można stałych kwot zsumować do jednej? Nie można, bo nie są do końca „stałe”, np. wysokość jednej ze stawek zależy od tego, ile prądu pobraliśmy w zeszłym roku. W ten sposób każda składowa jest wynikiem pewnych obliczeń, które nie są na fakturze wykazane. Aby obliczenia poznać, trzeba przeczytać taryfę dystrybucji właściwego operatora np. Taurona.

Dodajemy Sprzedaż i Dystrybucję i oto tyle wynosi nasz rachunek . Rozliczenie to inna kwestia, ale wcale nie tak skomplikowana.

Wyobraźmy sobie, że wybudowaliśmy dom, założyliśmy licznik energii i wskazuje on stan zero. Przedsiębiorstwo energetyczne musi określić, ile przez pół roku (do przyjścia inkasenta) zużyjemy prądu, niech to będzie 1000 KWh, cena za 1 KWh ustalona na poziomie 60 groszy, to jest 600 zł czyli przez pół roku będziemy płacić 6×100 zł.

Przychodzi inkasent i stwierdza, że zużyliśmy 1100 KWh, czyli 100 KWh więcej niż zakładano. Przedsiębiorstwo energetyczne wystawia prognozę na kolejne 6 miesięcy, tym razem na np. 1500 KWh po tej samej stawce, czyli mamy płacić 6×150 zł. Jednakże mamy jeszcze różnicę 100 KWh, czyli 60 zł. Zostaje to doliczone do pierwszego rachunku, w ten sposób płacimy 1×210 zł i potem już 5×150 zł. Później sprawa wygląda już analogicznie – wystawiana jest prognoza rachunku na kolejne 6 miesięcy, a do pierwszego miesiąca dodaje się bądź odejmuje tyle, o ile różni się nasze zużycie od założonego.

Potem pozostaje nic innego jak już tylko płacić i płacić…

I tutaj powinien kończyć się cykl wyjaśnień i obalania mitów dotyczących rachunków za prąd, ale w kolejnej części podsunę jeszcze kilka wskazówek jak oszczędzać prąd i powiem kilka słów o fotowoltaice.

Koniec basza
3

Niby nikt tam nie wchodził, a jednak dołączenie na cmentarz zaraz obok grobu „Playboya” powoduje smutek, przynajmniej u mnie.

Postanowiłem dzisiaj uśmiercić basza. Uśmiercenie polegało na usunięciu możliwości dodawania nowych cytatów, można nadal czytać to, co zostało dodane, jednak ostatnia aktualizacja była w 2017 r. Samo usunięcie linków do dodawania trwało minuty, jednak dało mi okazję przejrzeć kod strony, który stworzyłem samodzielnie w 99% i muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem, drugi raz chyba tego bym nie zrobił .

Także zapraszam jeszcze raz do przejrzenia basza, bo „to już nie wróci”. Swoją drogą ciekawe kto pamięta, dlaczego logo basza było takie a nie inne?