Moje ulubione warzywo – cebula
4

Zaczęło się dosyć niewinnie – w jednym z wydań PC Formatu prezentowano najlepsze aplikacje komórkowe z podziałem na kategorii. Wśród nich aplikacja, którą od tamtego czasu regularnie włączam przynajmniej raz dziennie – Pepper. Pepper to społeczność, która dodaje różne okazje cenowe, zarówno lokalne, ogólnopolskie oraz internetowe, a dedykowany program pozwala być „na bieżąco”.

W Pepperze najważniejsze są okazje ze statusem gorące, czyli takie, które zebrały dużo polubień od innych użytkowników. Okazje, które nie zdobyły (jeszcze) tego statusu, mają status nowych. Najlepiej sami wejdźcie na stronę i zobaczcie, jak łatwo można zaoszczędzić albo w skrajnych przypadkach nawet „przycebulić”. Nie wiem za bardzo czemu cebula kojarzy się z dobrymi okazjami cenowymi, ale jakoś sam podłapałem to hasło, jak zresztą widać na pierwszym obrazku .

Poprzez Peppera poznałem też świat zakupów z Chin. Jeszcze kilka lat temu byłem do tego sceptyczny, gdyż „chińskie” oznacza „słabej jakości”, ale po chwili zastanowienia… Przecież prawie wszystko jest z Dalekiego Wschodu. Teraz widzę, że zamawiając prosto z Chin, płacimy jakieś 10% tego ile zapłacilibyśmy w Polsce. Dla przykładu, jakiś czas temu kupiłem świecące wentyle za bodajże 1-2 zł. Chciałem zobaczyć, jak fajnie będzie świecić na oponie od roweru. Te same wentyle widziałem później w gazetce zakupowej za 19 zł, więc kupiłem za dokładnie 10%! Albo dokupiłem sobie uchwyt magnetyczny na komórkę do samochodu za 4 zł z przesyłką rejestrowaną. Te same uchwyty magnetyczne (poznałem po obrazkach ) sprzedawane są na allegro za co najmniej 10 zł + 5 zł przesyłka. A już chyba hitem będzie mój ostatni zakup, „magiczny mazak”, który usuwa rysy z karoserii auta. Tak, wiem że to dziadostwo, ale skoro kosztowało mnie to, uwaga, 1,07 zł (sic!!!), to przynajmniej przekonam się na własnej skórze.

Na tym moi mili polega dzisiaj biznes. Wystarczy sobie sprowadzić ze 100 sztuk danego produktu, a potem sprzedawać za 5x tyle i ma się czysty zysk.

Gorąco mogę polecić:

  • Peppera
  • Gearbest (under one dollar okazje)
  • Zapals (freebies)
  • Banggood (flash sale)
  • Goodie (niżej)

Sami się przekonajcie, czy warto .

Goodie z kolei to aplikacja mająca wszystkie gazetki marketów i jakieś inne mniej ważne pierdoły zebrane do kupy. Wystarczy np. w wyszukiwarkę wpisać tak popularne hasło jak „masło” by zobaczyć wybrane strony z gazetek marketów reklamujących masło i zobaczyć, gdzie jest najtaniej (chociaż z jakiś dziwnych powodów wyskakuje mi zawsze wśród wyników Rossman…).

A kto z was lubi tak samo cebule jak ja ?

Prawdziwa twarz
6

Jak już wiecie, jestem zwolennikiem zakazu handlu w niedzielę. Dlatego tym bardziej miałem wyrzuty sumienia, gdy właśnie dziś, w niedzielę, poszedłem na zakupy.

Dlaczego tak postąpiłem? Skoro sklepy są jeszcze czynne w niedziele i mój napięty grafik na najbliższe dni nie pozwoliłby mi na krótkie zakupy w sklepie, do którego chodzę „od święta”, zrobione bez wariackiego pośpiechu, postanowiłem wybrać się właśnie w niedzielę i nie byłem z tego dumny.

W każdym razie, przechodziłem między półkami szukając towaru, po który specjalnie przyszedłem. Byłem akurat nieopodal kasy, która była pusta. Pracownik sklepu coś tam ogarniał przy kasie, a zagadała go kobieta ok. 50-letnia.

Kobieta ta spytała się, czy sklep prowadzi rekrutację pracowników, na co otrzymała odpowiedź pozytywną. Kobieta przeszła do szczegółów: „bo moja córka teraz pracuje przy ulicy (takiej wiecznie zakorkowanej, do której komunikacją miejską bez przesiadki się nie dojedzie) dla jakiejś amerykańskiej korporacji, a my mieszkamy przy ulicy (zaraz obok marketu) więc było by dużo bliżej”.

Pomyślałem wtedy, że przejście z korpoświatu do marketu nie jest czymś spotykanym, ale z drugiej strony… Ostatnio słyszy się o podwyżkach w tym sektorze, może dziewczyna ma dość psychicznej nęki w korporacji i wolałaby wykładać towar biegając między kasami… No nie wiem, może jest jakiś powód, dlaczego miałaby to zrobić.

Po chwili zastanowienia pracownik sklepu ściszył ton głosu o połowę, uśmiech z twarzy znikł i powiedział „niech Pani jej tego nie robi”.

Łoł, takiej odpowiedzi się nie spodziewałem!

Dalszego fragmentu rozmowy nie słyszałem (a może na tym ją ucięto?). Chwilę później jednak, gdy sprzedawca obsługiwał kasę, kobieta wciąż się przy nim kręciła i słyszałem jak powiedziała „wszędzie jest ciężko”, na co sprzedawca odparł „tu wyjątkowo”.

Dodam jeszcze, że market był niemiecki, nigdy nie było tłoku, więc i atmosfera w środku całkiem „fajna”. Tym bardziej to „zwierzenie” było zaskakujące. Może to jest nie do pomyślenia, ale poczułem się jak idiota, gdyż z powodu mojej osoby i tych kilkudziesięciu pałętających się po sklepie, Ci ludzie muszą zasuwać.

Gdy stałem już w kasie, inny klient poprosił tego samego sprzedawcę o papierosy. Gdy je dostał stwierdził, że prosił o inne, dodając humorystycznie „jak się truć to czymś dobrym” . Sprzedawcy chwilę zajęło odszukanie paczki po czym wymienił ją. Klient na to „ale one są droższe, ile muszę zapłacić”, na co sprzedawca odparł „nic, pokryję z własnej kasy” (sic!!!). Klient dał do zrozumienia nie wydurniaj się Pan, ale sprzedawca z uśmiechem na ustach stwierdził, że naprawdę nie musi dopłacić.

Może brzmi to jak historia z demotywatorów o kierowcy autobusu, któremu wszyscy klaskali, ale to wydarzyło się naprawdę. I tę historię powtarzam, by każdy ją usłyszał i wyciągnął właściwe wnioski.

Rzycie rzycia vcmp
3

Stare czasy, kto pamięta?

To był chyba jakiś konkurs… A ten film zdobył pierwsze miejsce (?)… Skleroza nie boli.

Return to castle wolfenstein recenzja
5

Podczas gdy inni zachwycają się nowym wulfinsztajnem, ja postanowiłem nadrobić zaległości i zagrać w klasyka – Powrót do Zamku Wolfenstein.

Z tą częścią Wolfensteina spotkałem się w okolicach roku 2003, kiedy to kolega  pokazał jak serwuje nieboszczykowi prąd. Dla nas było to poniekąd śmieszne (mieliśmy po 11 lat, grubo cnie?), ale jego siostra, która miała chyba 8 lat, była tym widokiem przerażona i zakrywała oczy . Pamiętam ten widok do dziś.

Później nasze drogi zetknęły się ponownie w święta zeszłego roku, kiedy to odkryłem przez PC Format multiplayer Enemy Territory, który mocno bazuje na Wolfensteinie. Gra była właściwie prosta jak cep, można było wyciągnąć karabin i strzelać przed siebie, by mieć dobrą zabawę. Bardziej wtajemniczeni eskortowali czołg i wypełniali zadania misyjne, ale mi starczyło stukanie lewego przycisku myszy. Jak napisał jeden z redaktorów w Retro – „gdybym miał wziąć jedną grę [FPS] na bezludną wyspę (…) to byłaby nią właśnie ta. I nie nudziłbym się!” (przy okazji, w tym samym Retro dogłębnie zrecenzowano pierwszego „współczesnego” Wolfensteina 3D). Gra jest wciąż popularna, w chwili pisania tej notki, w środku tygodnia w godzinach wieczornych, jest 9 serwerów, które mają przynajmniej 50 graczy online i wiele wiele więcej z mniejszą liczbą graczy. Innymi słowy: gra osiąga wyniki, które VCMP od 9 lat (wtedy zacząłem przygodę z VCMP) nie osiągnęło ani razu!

Ostatecznie nasze drogi zeszły się na dobre w październiku tego roku. Gra na starcie, mimo wersji z GOG, miała problemy z uruchomieniem na współczesnym sprzęcie. Na szczęście gracze sami zadbali o właściwe konfiguracje umożliwiające uruchomienie gry, ale jest to kpina ze strony GOG (które swoją drogą udostępniło Mafię 1 bez ścieżki dźwiękowej…).

Gdy już gra zaczęła hulać, ruszyłem Blazkowiczem przed siebie. Na początku gra wyglądała tak – głupi Niemcy wlatują wprost pod moją lufę, zabijam ich bez problemu, amunicji i paczek zdrowia jest od groma. Niby niewymagające, durne, ale jakoś nawet przyjemne.

Potem niestety uzmysłowiłem sobie, że niebezpodstawnie mówimy tu o Wolfensteinie. Pojawiły się nieumarlaki, które w większości nie były groźne (ale byli tacy co atakowali ogniem), to nagle mój magazynek broni częściej świecił pustkami, a stan zdrowia był bliski okrągłego zera. Nieumarlaki zaczęły się pojawiać znikąd i zmuszały wielokrotnie do szybkich zapisów i odczytów.

Gdy i z nimi się uporałem, pojawili się nowi przeciwnicy, zwinni, bardziej wytrzymali z lepszym uzbrojeniem. W ciągu kilkunastu minut gra z prostej strzelanki stała się cholernie trudną i popierniczoną strzelanką. Gdy w końcu się przedostałem przez zamek musiałem… Walczyć z wielkim nieumarlakiem! No co to kuźwa miało niby znaczyć! OK, rozumiem, niech Niemcy tworzą Wunderwaffe w postaci jakiegoś wskrzeszonego mutanta, ale niech będzie to zostawione na etapy finałowe! Nawet nie podjąłem walki i poszedłem na łatwiznę z czutami, bo gra zaczęła mnie po prostu męczyć.

I gdy w końcu to przeszedłem, RtCW pokazało swoje nowe oblicze – stało się skradanką, przeciwnicy czyhali za rogiem i trzeba było planować swój ruch. Średnio mi się to podobało, ale jakoś grałem dalej. Do momentu, aż motyw z nieumarlakami wrócił. Zrobiłem ragequit.

Podsumowując, na duży plus tryb wieloosobowy (który nie działa w RtCW, ale jest Enemy Territory), bez którego zapewne ta gra przepadła by wśród wielu innych strzelanek. Duży arsenał broni, szybka akcja to kolejne zalety. Podobały mi się też cutscenki.

Oprawa dźwiękowa mocno przeciętna (ah te skrzypiące drzwi!), ale podkład muzyczny jest nawet-nawet, chociaż mogło go być więcej.

Grafika dziś nie zachwyca i nie wiem, czy nawet w 2001 roku zachwycała. Projekty poziomów również łatwo skrytykować. Jednak największą wadą gry jest brak pewnej konsystencji – jeden poziom mega łątwy, drugi mega trudny, trzeci polega na skradaniu – dla kogo zatem skierowana jest gra? Porównałbym tą sytuację do serii Saints Row, która nie ma zidentyfikowanego odbiorcę z powodu dużego przekombinowania w każdej wersji. Z tym, że każdy Saints Row pozwalał na wiele godzin zabawy, RtCW jest „upchany” w kilka godzin dla różnych graczy.

Gra otrzymuje ode mnie słabe 3/5 (bez trybu wieloosobowego, któremu dałbym 5/5). Spodziewałem się dużo lepszej gry. Cóż, przynajmniej nie będę miał wyrzutów sumienia, gdy RtCW usunę z dysku. I do Zamku Wolfenstein raczej nie wrócę.