Return to castle wolfenstein recenzja
1

Podczas gdy inni zachwycają się nowym wulfinsztajnem, ja postanowiłem nadrobić zaległości i zagrać w klasyka – Powrót do Zamku Wolfenstein.

Z tą częścią Wolfensteina spotkałem się w okolicach roku 2003, kiedy to kolega  pokazał jak serwuje nieboszczykowi prąd. Dla nas było to poniekąd śmieszne (mieliśmy po 11 lat, grubo cnie?), ale jego siostra, która miała chyba 8 lat, była tym widokiem przerażona i zakrywała oczy . Pamiętam ten widok do dziś.

Później nasze drogi zetknęły się ponownie w święta zeszłego roku, kiedy to odkryłem przez PC Format multiplayer Enemy Territory, który mocno bazuje na Wolfensteinie. Gra była właściwie prosta jak cep, można było wyciągnąć karabin i strzelać przed siebie, by mieć dobrą zabawę. Bardziej wtajemniczeni eskortowali czołg i wypełniali zadania misyjne, ale mi starczyło stukanie lewego przycisku myszy. Jak napisał jeden z redaktorów w Retro – „gdybym miał wziąć jedną grę [FPS] na bezludną wyspę (…) to byłaby nią właśnie ta. I nie nudziłbym się!” (przy okazji, w tym samym Retro dogłębnie zrecenzowano pierwszego „współczesnego” Wolfensteina 3D). Gra jest wciąż popularna, w chwili pisania tej notki, w środku tygodnia w godzinach wieczornych, jest 9 serwerów, które mają przynajmniej 50 graczy online i wiele wiele więcej z mniejszą liczbą graczy. Innymi słowy: gra osiąga wyniki, które VCMP od 9 lat (wtedy zacząłem przygodę z VCMP) nie osiągnęło ani razu!

Ostatecznie nasze drogi zeszły się na dobre w październiku tego roku. Gra na starcie, mimo wersji z GOG, miała problemy z uruchomieniem na współczesnym sprzęcie. Na szczęście gracze sami zadbali o właściwe konfiguracje umożliwiające uruchomienie gry, ale jest to kpina ze strony GOG (które swoją drogą udostępniło Mafię 1 bez ścieżki dźwiękowej…).

Gdy już gra zaczęła hulać, ruszyłem Blazkowiczem przed siebie. Na początku gra wyglądała tak – głupi Niemcy wlatują wprost pod moją lufę, zabijam ich bez problemu, amunicji i paczek zdrowia jest od groma. Niby niewymagające, durne, ale jakoś nawet przyjemne.

Potem niestety uzmysłowiłem sobie, że niebezpodstawnie mówimy tu o Wolfensteinie. Pojawiły się nieumarlaki, które w większości nie były groźne (ale byli tacy co atakowali ogniem), to nagle mój magazynek broni częściej świecił pustkami, a stan zdrowia był bliski okrągłego zera. Nieumarlaki zaczęły się pojawiać znikąd i zmuszały wielokrotnie do szybkich zapisów i odczytów.

Gdy i z nimi się uporałem, pojawili się nowi przeciwnicy, zwinni, bardziej wytrzymali z lepszym uzbrojeniem. W ciągu kilkunastu minut gra z prostej strzelanki stała się cholernie trudną i popierniczoną strzelanką. Gdy w końcu się przedostałem przez zamek musiałem… Walczyć z wielkim nieumarlakiem! No co to kuźwa miało niby znaczyć! OK, rozumiem, niech Niemcy tworzą Wunderwaffe w postaci jakiegoś wskrzeszonego mutanta, ale niech będzie to zostawione na etapy finałowe! Nawet nie podjąłem walki i poszedłem na łatwiznę z czutami, bo gra zaczęła mnie po prostu męczyć.

I gdy w końcu to przeszedłem, RtCW pokazało swoje nowe oblicze – stało się skradanką, przeciwnicy czyhali za rogiem i trzeba było planować swój ruch. Średnio mi się to podobało, ale jakoś grałem dalej. Do momentu, aż motyw z nieumarlakami wrócił. Zrobiłem ragequit.

Podsumowując, na duży plus tryb wieloosobowy (który nie działa w RtCW, ale jest Enemy Territory), bez którego zapewne ta gra przepadła by wśród wielu innych strzelanek. Duży arsenał broni, szybka akcja to kolejne zalety. Podobały mi się też cutscenki.

Oprawa dźwiękowa mocno przeciętna (ah te skrzypiące drzwi!), ale podkład muzyczny jest nawet-nawet, chociaż mogło go być więcej.

Grafika dziś nie zachwyca i nie wiem, czy nawet w 2001 roku zachwycała. Projekty poziomów również łatwo skrytykować. Jednak największą wadą gry jest brak pewnej konsystencji – jeden poziom mega łątwy, drugi mega trudny, trzeci polega na skradaniu – dla kogo zatem skierowana jest gra? Porównałbym tą sytuację do serii Saints Row, która nie ma zidentyfikowanego odbiorcę z powodu dużego przekombinowania w każdej wersji. Z tym, że każdy Saints Row pozwalał na wiele godzin zabawy, RtCW jest „upchany” w kilka godzin dla różnych graczy.

Gra otrzymuje ode mnie słabe 3/5 (bez trybu wieloosobowego, któremu dałbym 5/5). Spodziewałem się dużo lepszej gry. Cóż, przynajmniej nie będę miał wyrzutów sumienia, gdy RtCW usunę z dysku. I do Zamku Wolfenstein raczej nie wrócę.

Młody, to może?
0

Ostatnio spotkałem się z kolegami ze szkolnej ławy. Zorganizowanie kilkuosobowego spotkania, gdy każdy w innym miejscu i każdy ma inny wymiar wolnego czasu stanowi nie lada wyczyn (warto jednak dodać, że wszyscy na dzień dzisiejszy nie są żonaci, więc przynajmniej jedna przeszkoda do spotkania mniej ), ale gdy w końcu, po wielu podejściach, spotkanie dochodzi do skutku, nie potrzeba nawet promili by fajnie spędzić wieczór i pogadać jak każdemu się powodzi oraz powspominać jajca z czasów szkolnych.

Zawsze ciekawie posłuchać, co u każdego w życiu się wydarzyło od naszego ostatniego spotkania. Jakby nie patrzeć, wszyscy byliśmy w jednej klasie, więc mieliśmy teoretycznie ten sam start i te same szanse na osiągnięcie sukcesu, który każdy będzie na swój sposób interpretować. Wtedy, mądrzejszy już o doświadczenia życiowe, każdy jest w stanie sam ocenić czy dokonał słusznych decyzji po szkole.

Jeden z kolegów złapał robotę w ciekawej branży z dobrymi zarobkami – dżentelmeni oczywiście o pieniądzach nie rozmawiają, ale wystarczy spojrzeć samochód jaki niedawno kupił oraz wziąć pod uwagę to, że w wieku 25 lat zaczął przebąkiwać o budowie domu (!!! – co prawda do budowy jeszcze rzecz jasna daleko, ale ja mogę w tej samej chwili jedynie snuć marzenia o własnych czterech kątach). Jednak coś za coś. W porównaniu do osoby pracującej w dni robocze po 8 godzin, kolega wyrabia 150% normy. Praca tylko na dwunastki, czyli zmęczenie ogromne, a z dnia nic nie pozostaje. Co kilka miesięcy zmiana miejsce zatrudnienia. Dni wolnych tyle co kot napłakał plus brak dni urlopowych. Dostępność pod komórką obowiązkowa.

O ile zapewne niejeden z nas zamieniłby się z nim sytuacją życiową, tak trudy, jakie należy przełknąć, by tą sytuację utrzymać, są już dla wielu nieakceptowalne.

Z jednej strony mamy schemat „młody, więc może zapierniczać”. Rodziny własnej nie ma, zobowiązań żadnych, jest ambitny, a ma okazję po szkole dorobić się góry pieniędzy, więc tyle chyba jest w stanie się poświęcić (?). To jeden z czynników, dla których np. projekty Elona Muska wypalają – koszty tnie się przede wszystkim na produkcji oraz pracownikach, którymi zostają młode osoby po studiach, które mogą się pracy w zupełności oddać (o tym tu oraz tu). Wychodząc z takiego założenia, młody człowiek wręcz powinien zapierniczać, póki ma okazję (i korposzczury będą nawet pisać artykuły o tym, jednocześnie przecząc sobie ideą łork-lajf-balans), bo 30 lat to już dziadek i nikt go nie będzie chcieć.

Znam jeszcze kilka osób, którzy podobnie w życiu postąpili, bo ich celem było dorobienie się. Nie mam z tym problemu, o ile w odpowiednim momencie powie się… STOP!

Podstawowa sprawa – człowiek po szkole wkracza w dorosłość z pełnią sił, więc dlaczego ma swoje najlepsze lata oddać za darmo pracodawcy? Dlaczego taki człowiek nie może mieć hobby, miłości, czasu na piwo w gronie znajomym, odwiedziny rodziny, tylko ma być 24/7 do dyspozycji pracodawcy? Czy warto płacić taką cenę w zamian za pieniądze? Uważam, że nie warto. Gdy taki człowiek w końcu powie STOP i powie to za późno – obudzi się z ręką w nocniku. Z kupą szmalu, ale ze zmarnowanymi latami życia.

Taka jest prawda, nieprawda, i innej prawdy nie ma.

Rozpacz czy ulga?
3

Dziś Dzień Zadusznych, a wczoraj mieliśmy Wszystkich Świętych i z racji dnia wolnego od pracy, właśnie wczoraj masowo odwiedzaliśmy groby naszych najbliższych, których ciepło wspominaliśmy.

Dla wszystkich, którzy wciąż tkwią w melancholijnym nastroju, film z udziałem znanego jasnowidza Krzysztofa Jackowskiego, który odnalazł zmarłego i nawiązał z nim także krótki kontakt. To, co zmarły mu przekazał potwierdza jedynie, że po śmierci życie trwa nadal – i to w najlepsze.

Klony GTA na komórkę
4

W świecie gier komputerowych (ŚGK? Ktoś?) od dawien dawna funkcjonuje określenie „klon GTA”. Takich gier było mnóstwo, były dobre na swój sposób, ale mało która dorównywała oryginałowi.

Z racji tego, że rynek gier mobilnych prężnie się rozwija, to i tam znajdziemy dużo klonów GTA. Tutaj niestety jakościowo sprawa wygląda dużo gorzej… Tak więc jeśli szukacie grę na jesienne wieczory, omijajcie tytuły z filmu niżej .