(Nie)grasz o staż
0

O akcji „Grasz o staż” przeznaczonej dla studentów usłyszałem w zeszłym roku. Formuła wydawała się być ciekawa – firmy, chcąc pozyskać półdarmowych pracowników praktykantów na okres wakacji, wystawiają zadania do zrobienia (w formie przeprowadzenia odpowiednich wyliczeń bądź rozpisania właściwej strategii), z którymi rzekomo borykają się na co dzień. Najciekawsze prace miały być nagradzane wakacyjną praktyką i kuszącą perspektywą przedłużenia współpracy.

Wydaje się, że warto byłoby choćby spróbować swoich sił. Okazało się jednak, że większość ofert pochodzi z warszawki, co dla mnie odpada. Trudno.

Akcja „Grasz o straż” ruszyła także w tym roku. Ucieszyłem się, że pojawiły się w końcu inne lokalizacje, bliżej od Warszawy położone. W tym roku jednak zmieniono zasady uczestnictwa, cytując z oficjalnej strony, Twoim jedynym zadaniem będzie przygotowanie się do rozmowy rekrutacyjnej. Czyli jeszcze lepiej dla kandydata.

Wybrałem dwie oferty – jedną byłem zaciekawiony, drugą bardziej dla picu, by była – może akurat. Licznik zapisanych osób wskazywał na to, że byłem w kilkuosobowym gronie zainteresowanych danymi stanowiskami, ale był to dopiero początek akcji, okolice lutego.

Czekałem więc na jakikolwiek odzew czy informację (Pamiętaj, im szybciej się zarejestrujesz, tym większą masz szansę na zdobycie wymarzonego stażu!). Cisza, cisza… Oglądałem tylko, jak licznik osób zainteresowanych rósł i osiągnął wartość 30 – czyli i tak nie dużo.

Sprawa ruszyła gdzieś na przełomie kwiecień-maj. Nie otrzymując żadnego powiadomienia, wchodząc na stronę akcji, całkiem przypadkiem odkryłem, że przy pierwszej z ofert napis „Zgłoszono” zamienił się na „Odrzucono”, przy czym dalej był on wypisany na zielono. Powodu nie podano.

Z kolei na drugą ofertę otrzymałem mejla z automatu, bym… Zarejestrował się na stronie pracodawcy, wpisał w rubryce „skąd dowiedziałeś się o nas” nazwę akcji i… Zaczął pseudo-testy sprawdzające myślenie.

I jakie tu pokrycie w słowach, by tylko przygotować się do rozmowy rekrutacyjnej?


Pamiętaj o uśmiechu.

 

Sławomir Cenckiewicz „Wałęsa. Człowiek z teczki” recenzja
4

Właśnie tę książkę miałem na myśli, gdy szukałem jej pod indeksem „C”.

Sam tytuł powinien zachęcić do przeczytania, gdyż jest zmałpowany na filmie Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei”. Autor sam się z tym nie kryje, gdyż jak pisze we wstępie, motywacją do napisania tej książki był właśnie film Wajdy i ukazane w nim przekłamanie dotyczące (rzekomej) ikony Solidarności.

A samo dodanie wypowiedzi Wałęsy z wykopu (z którego uciekł niedawno) podgrzewa tylko chęć zabrania się do lektury .

Autor ma zdecydowanie na pieńku z byłym prezydentem, gdyż nie jest to jego pierwsza publikacja wymierzona w Wałęsę. A jeśli zostanie szefem IPN-u, jak to się spekuluje, będzie Wałęsie palił się grunt pod nogami.

Sama książka przypomina mi biografię Jacksona, gdyż całość poparta jest materiałami źródłowymi – w tym wypadku znalezionymi na półkach IPN-u, a więc źródła wiarygodnego. Rozpoczyna ona przegląd korzeni Lecha Wałęsy, pokazane są lata młodości, pierwsze dorosłe decyzje oraz wydarzenia związane z gdańską stocznią oraz Solidarnością, na czym autor najbardziej się skupił – w końcu chodzi o sprawę TW Bolka, zahaczając też o wątki Okrągłego Stołu i prezydentury. Wszystko doprecyzowane cytatami oraz skanami odpowiednich dokumentów. Znalazła się także niechlubna rozmowa braci w wersji oryginalnej oraz sfabrykowanej.

Książkę czyta się szybko i przyjemnie, chociaż jak ma to miejsce przy długich biografiach, niektóre fragmenty, o których czytelnik nie ma bladego pojęcia, trzeba opuścić.

Jak dla mnie, pozycja zasługuje na mocne 4+. Rozumiem, że celem autora było postawienie znaku równości pomiędzy TW Bolek, a Lechem Wałęsą, ale momentami miało się wrażenie, że Cenckiewicz nie chce zostawić na prezydencie suchej nitki, nawet w błahych sprawach.

Wypadałoby jeszcze odpowiedzieć na pytanie – był tym Bolkiem, czy nie był? Zamieszczone dowody przekonały mnie wystarczająco, że był. Jeśli okazałoby się kiedyś, że jest inaczej i będzie na to konkretne potwierdzenie – napiszę osobiście do Wałęsy list z przeprosinami .

Amidakuji Knight recenzja
0

Zauważyłem, że gry na komórkę, które nie przechodzą w tryb panoramiczny, a wyświetlają obraz na „portrecie”, są na ogół grami prostszymi i gorszymi. Amidakuji Knight (musiałem nazwę skopiować, sam napisać nie dam rady) od tej reguły nie odstaje.

Gra mnie zaciekawiła, więc postanowiłem ją wypróbować. Polega ona na przejściu kilkunastu (odpowiednio 25, 50, 100 dla 3 map) poziomów pod rząd, zabijając po drodze stworki, zbierając złoto oraz wchodząc w pokrzywy .

Prostota gry polega na zastosowaniu reguły spolszczonej jako „noga ducha”, po japońsku… Amidakuji. Polega ona na tym, że każdy poziom to tak naprawdę labirynt, w którym mamy 5 wejść i 5 wyjść, przy czym każde wejście-wyjście jest ze sobą w jednoznaczny sposób połączone. Niby nic trudnego, jeśli widzi się planszę, ale cały trik polega na tym, że labirynt jest widoczny przez ułamki sekundy, potem zasłania go mgła i musimy liczyć na nasze szczęście.

Jeśli zginiemy na którymś z poziomów, rozpoczynamy grę od nowa z tym, że za zarobione złoto ulepszymy miecz i zbroję, a także kupimy kilka lekarstw dla bohatera. W trakcie poziomów zbieramy punkty doświadczenia, które wymieniamy na nowe umiejętności, ale nie są one zapisywane, rozpoczynając grę zawsze od zera.

Grafika jest rysunkowa, dosyć przyjemna dla oka. Muzyka w porządku, chociaż po którymś razie wolałem włączyć własną .

Na początku gra intryguje przez dosyć długi czas, potem pojawia się chęć rywalizacji i ukończenia poziomu. Prędzej czy później jednak, niestety, pojawia się frustracja. O ile pierwsze dwie mapy są do przejścia (chociaż i to trwa jakiś czas), przejście ostatniej mapy jest niemalże niemożliwe, gdyż wymaga dużo szczęścia oraz świetnego ekwipunku, który jest bardzo drogi i na który można tygodniami (latami?!) zbierać złoto.

Jeśli więc ktoś z was planuje w grę zagrać do końca, nie obejdzie się bez wspaniałego czutu jakim jest LuckyPatcher, zastosowanego do zakupu wirtualnego złota.

Twórca gry uznaje, że fabuła wzorowana jest na grach z lat osiemdziesiątych. Nie można się z tym zgodzić, bowiem historia jest prosta, krótka (jej rozpisanie powinno zająć jedną kartkę zeszytową A5) i w żaden sposób nie jest ze sobą powiązana.

Mój werdykt: 3+/5. A mogło być lepiej!

Avery to sobie lubi wypić
0

W styczniu informowałem o ciekawym odkryciu, jakoby Avery miał się pojawić w misji „Bar Brawl”. Po kilku miesiącach nastąpił powrót do sprawy, bo udało mi się potwierdzić co nieco.

Przeglądając misję „Bar Brawl” od strony skryptu zauważyłem, że postać Avery’ego jest przez grę ładowana na potrzeby przerywnika, a następnie usuwana.

Dla osób nierozumiejących – wymyśliłem zajebiście głupi przykład to obrazujący . Gdy chcemy przyrządzić posiłek, potrzebujemy przede wszystkim wszystkie składniki. Wyciągamy więc co potrzeba z lodówki czy szafki, ale nie ma przeciwwskazań, by wyciągnąć coś, czego do dania nie potrzebujemy. Jest to trochę bez sensu, bo potem odkładamy to z powrotem, ale można? Można.

Tak samo wygląda sytuacja z Averym. Jest on „gotowy do użycia” w przerywniku, ale po kilkunastu sekundach wraca „na półkę”. Mój pełny opis znajdziecie na GTAF.

Zastanawiający był jednak pewien fakt – skoro VC w wersji konsolowej używa niemalże tego samego skryptu do misji co wersja komputerowa oraz posiada brakującą animację Avery’ego, inwestor z głosem Burta Reynoldsa powinien na PS2 się pojawić. Dlaczego więc go nie ma?

Odpowiedzi udzielił mi pewien modder i była to odpowiedź dosyć zaskakująca… Avery jest obecny, tylko schowany daleko, w okolicach wejścia do willi.

Zapytałem się go jeszcze, czy może przesunąć Avery’ego bliżej całej czwórki, ale chyba się nie do końca zrozumieliśmy .

Wygląda na to, że Avery miał się początkowo w tej misji pojawić, jednak pomysł został przez Rockstar porzucony, a zrobioną animację skopiowano, zastosowano do Mike’a, a samego Avery’ego wyrzucono poza kadr – być może mógł się im jeszcze przydać, ale potem o nim zapomnieli.