Praktyki w ubezpieczeniach i kto komu robi łaskę przy szukaniu pracy
10

Chciałem w te wakacje odbyć praktykę, tak żeby trochę się rozeznać, gdzie mógłbym w przyszłości szukać roboty oraz żeby mieć co wpisać do CV. Nauczony już wcześniejszymi doświadczeniami, że ciężko znaleźć praktykę, w której robi się „coś konkretnego”, poszukiwania rozpocząłem na początku kwietnia (uwaga warta odnotowania – zgłoszenia na większość praktyk przyjmowane są z reguły do połowy kwietnia).

Pomyślałem, że skoro chcę „konkretnej” praktyki, to i pracodawca nie może być byle jaki, ale taki, który chce przyjąć na praktykę (czyli żadne „spoko, możesz przyjść, ale nic nie będziesz robić”).

A pracodawcy, któremu na praktykancie będzie zależeć, z pewnością by zamieścił ogłoszenie. I tak trafiłem na ofertę praktyk pewnej polskiej firmy ubezpieczeniowej. Nazwy nie będę podawał, bo po co. Firma ta jest w Polsce od dawna, ma markę, ma klientów i poszukuje praktykanta. Brzmi kusząco.

Spojler Pokaż

Oferta praktyki też ciekawa. Standardowe hasła jak „ucz się od najlepszych”, „sprawdź się” czy „poznaj specjalistów”. Pracodawca ma jednak nie byle jakiej wymagania – potencjalny praktykant ma być po trzecim roku studiów (więc licencjat w kieszeni), być absolwentem jednego z kilku wymienionych w ogłoszeniu kierunków studiów oraz wiązanka komputer + office + angielski + praca w zespole. Jak dla mnie czynnik, że nie może to być pierwszy lepszy student był decydujący, aby zgłosić się do praktyki. Dodatkowo krótki opis, co pracodawca oferuje w zamian, który także utrzymywał mnie w przekonaniu, że jest to praktyka, której szukam – na której coś się robi.

Tym samym na początku kwietnia zgłosiłem swoją chęć uczestnictwa w praktyce poprzez internetowy formularz. Kilka ruchów myszą, dołączenie CV.doc i wysłano. Minął tydzień, cisza. Doszedłem do wniosku, że nie ma co czekać, bo bardzo chciałem mieć praktykę na wakacje, a z tego raczej nic nie wyjdzie, więc szukałem dalej.

Połowa czerwca. Praktykę mam już prawie załatwioną, zostały formalności, ale w innym miejscu, a o swojej aplikacji z kwietnia zdążyłem już zapomnieć. A tutaj niespodziewanie telefon. „Dzień dobry, z tej strony XXX z YYY. Czy rozmawiam z …? Dzwonię w sprawie praktyk”.

Byłem wtedy mocno zszokowany, że w ogóle o tym jeszcze pamiętali, gdy ja już zapomniałem! Gdy więc padło pytanie „czy może pan w poniedziałek przyjść na rozmowę”, to w pierwszej chwili nie wiedziałem co powiedzieć i odparłem „zadzwonię później”.

Od tamtej chwili wciąż się zastanawiam, kto jest winny. Ja, że zamiast na nich łaskawie czekać, to szukałem sobie innej praktyki, czy oni, że przez przeszło 2 miesiące nie pisnęli słowem?

Po chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że na rozmowę pójdę, ale z marszu, bo tego samego dnia miałem też egzamin na studiach. Na praktyce mi nie zależało, więc też do rozmowy się nie przygotowałem i uważam, że na wstępnej rozmowie wypadłem słabo, chociaż żadnych arcytrudnych pytań nie było. Myślałem, żeby powiedzieć wtedy, że ja już sobie co innego załatwiłem, ale jakoś się scykałem.

Ale co było najlepsze – podczas rozmowy dowiedziałem się, że mają jedno miejsce, a kandydatów, włącznie ze mną, jest 6 (czego jakoś wcześniej nie wiedziałem, bo inaczej pewnie bym nawet nie wypełniał formularzu; jaki jest sens ubiegać się o 1 wolne miejsce?).

A też sama praktyka różniłaby się znacząco od tej z oferty – typowy praktykant na czas wakacji, kiedy pracownicy chcą mieć urlop. Do zadań m.in. przepisywanie tekstów z kartki do komputera czy segregacja papierów, czyli zadania żmudne, czasochłonne, więc potrzebny będzie, nazwijmy to wprost, kozioł ofiarny, który będzie to robił, tak by połowa pracowników mogła wyjechać na urlop. ALE! Dają możliwość nauki tzn. praktykant może chodzić na szkolenia dla pracowników oraz korzystać ze wszelkich programów komputerowych potrzebnych w pracy. Tylko nie wiem jak wy, ale ja mam przeczucie, że te programy komputerowe będą składać się z kilku suwaków oraz pól do wpisywania liczb, po czym na koniec będzie Enter i dostaniemy wynik. A jak ten wynik obliczyć, skąd się wziął i dlaczego akurat tyle pozostanie tajemnicą, więc nauki zero.

Obiecali, że za tydzień zadzwonią „do każdego, by poinformować o rezultacie”. Wczoraj minął drugi tydzień.

Kartka z pamiętnika akademikowego 8
0

Na numerze 8 kończę tegoroczne „kartki”, ale w przyszłym roku być może będą się one jeszcze pojawiać .

Im bardziej na horyzoncie pojawia się sesja, tym mniej wolnego czasu mam. Nie tyczy się to oczywiście wszystkich w akademiku, bo inaczej byłaby grobowa cisza 24/7, ale mnie niestety tak, więc nie miałem też za bardzo możliwości udziału w „akademikowych przygodach”.

Chcę mleka!
Śmieszna historyjka, która przynajmniej w jakiś sposób wydłuży tę notkę. Pewnego wieczoru pukanie do drzwi. Otwieram, a na korytarzu stał taki jeden chłopak. Dziwny typ, jak przejdzie korytarzem to nigdy się nie odezwie gdy jest trzeźwy. Jak jest nawalony, to wita się z każdym i tamtego wieczora to nawet podał mi dłoń na przywitanie. Czuć od niego było cholernie. Pyta się mnie, czy mam mleko, bo trochę by potrzebował. No niestety, nie mam. Zamykam drzwi, ale słyszę, jak rozmawia z sąsiadem. Sąsiad mówi, że mleko ma. Ten cały ucieszony, „dobra, zaraz przyjdę ze szklanką” i pobiegł do swojego pokoju. Po chwili pukanie do moich drzwi. Zapomniał gdzie mieszkała osoba, która mu chciała pomóc, więc znowu pukał do mnie. Myślę „może się zorientuje, że złe drzwi, jak mu nie otworzę?”. Mija kilka sekund, a ten zaczyna walić po drzwiach. W końcu mu otwieram, a ten sam już się kapnął, że nie te drzwi. Ja jednak paczę na jego zajebistą szklankę – duży kufel na piwo . Po kilku minutach słychać jak rozmawia ze swoją dziewczynę, z którą mieszka. Najpierw z takim oburzeniem „co ty?”, a potem już łagodnie „ah, mleko…”. Szkoda mi trochę dziewczyny, bo nie ma z nim łatwo. Raz go zaprowadzała do pokoju, gdy ten był nawalony. Mimo, że stałem na końcu korytarza, to ten mnie z daleka już pozdrawia :). Idą w kierunku swojego pokoju, ale na korytarzu ktoś wystawił grill. Pijanego osobnika ten grill bardzo zainteresował i zaczął go dotykać (nie wiem co chciał sprawdzić). Jego dziewczyna zaczęła go szarpać i „idziemy”. Jeśli teraz ma z nim takie przygody, to ciekawe co będzie później? Pamiętam też dzień, w którym ich poznałem. Było to (ku zaskoczeniu wszystkich czytających teraz) na imprezie w akademiku . Chłopak nawalony, kilka słów z nim zamieniłem, a gdy wypił kieliszek wódki to zrobił kwaśną minę i przez dobrą minutę nie potrafił powiedzieć słowa. Ech.

Pali się! Śmietnik…
Już kilka razy paliły się śmietniki obok akademika. Niektórzy twierdzą, że lądują tam niedopałki papierosów, inni że to rozżarzone resztki po grillowaniu, a ja myślę, że ktoś je celowo podpala (tak żeby panowie od śmieci się nie musieli przemęczać). Raz współlokator przechodził obok śmietników i mówił mi, że prawie wszystko wewnątrz już się spaliło. Przyjechała straż, pojechała. Po kilku minutach paczę – pali się od nowa. Tylko tym razem od góry śmietnika, więc wychodzi na to, że drugi śmietnik. Byłem to zobaczyć z bliska i o dziwo jakiś koleś chodził obok miejsca pożaru i był bardzo wyluzowany – jak dla mnie podejrzany. Wracam do akademika, mija jeszcze sporo czasu zanim straż przyjeżdża ponownie – bo jak inaczej zrozumieć zgłoszenie „pali się śmietnik obok akademików”, skoro dopiero co tam byli i ugasili? Rozmawiam jeszcze z kilka minut o tym ze swoim współlokatorem, aż w końcu miał jeden ze swych „przebłysków geniuszu” i zapytał „to jak, dwa śmietniki się paliły?”.

Przebłyski geniuszów ciąg dalszy
Takich przebłysków miał całkiem sporo. W którymś momencie dotarło do mnie, że po tym roku mieszkania w akademiku spokojnie mógłbym napisać książkę o samych współlokatorach i byłaby z tego niezła komedia .

Po tym jak zdałem we wtorek ostatni egzamin, chciałem w czwartek się z akademika wyprowadzić. Najchętniej to bym został dzień dłużej, ale w piątek miałem już termin u dentysty, a to nie będę się już wtedy wracał. A wyprowadzka z akademika to wcale nie takie „hop siup”. Najpierw trzeba odnieść pościel (każdy dostaje na początku roku komplet, a potem można co miesiąc ją wymieniać, chociaż większość ma swoją pościel z domu, to mi się nie chciało tego targać; oczywiście jakościowo pościel gorsza…) wtedy dostaje się obiegówkę, na której potrzeba kilka podpisów, w tym od współlokatora, jeśli się wyprowadzam jako pierwszy – tak że odpowiedzialność za pokój przechodzi w całości na jego barki. Tylko co gdy współlokator siedzi w domu? Niech się ktoś inny podpisze za niego! I tak tego nie sprawdzają, więc… Jako że podpis był mi potrzebny na 9. rano, a wtedy w akademiku ciężko spotkać żywą duszę, to walnąłem podpis lewą ręką. O tym fakcie powiadomiłem współlokatora smsem, żeby nie było. A ten mi odpisuje „to co, ja już tam nie mieszkam?”.

Dorośli ludzie, a gorsi niż bydło
Czasem potrzeba czasu (pojechałem!), aby uświadomić sobie, że w akademiku mieszkają głównie ludzie na studiach, a więc osoby które aspirują do wykształcenia wyższego, tymczasem niektórzy z nich zachowują się jak przedszkolaki. Raz przychodzę do kibla (toalety na korytarzu), a tam jakiś geniusz nawrzucał do środka toalety kartki papieru. Nie wiem czy się nimi wycierał (he?) czy co, ale chyba nie chcę wiedzieć. Spróbowałem spuścić wodę, ale niestety, kibel był nimi za bardzo zapchany i woda się tylko podniosła. Wracam po godzinie, z ciekawości sprawdzam kibel. Nasrane, nasikane i wszystko pływa. No kurwa.

Zielsko na naukę
Według mnie głównymi podejrzanymi o robienie takiego syfu są Ukraińcy z piętra. Wieczne imprezy, do tego czymś tam handlują. Raz spotkałem jednego z nich, a ten, tak całkiem otwarcie się pyta, czy chcę z nimi zajarać. Trochę się zdziwiłem, ale grzecznie odmówiłem. Po czym ten dodał, że jak ma się nauczyć dat z książki z historii, to sobie zajara i cała książka wchodzi bardzo płynnie . I tak odmówiłem.

Do zobaczenia!
Przed wyjazdem jeszcze pożegnanie z niektórymi, kto wie, może w przyszłym roku się już ich nie spotka. Niektórzy będą szukać mieszkania, inni mogą sesji nie zdać, więc nigdy nie wiadomo. Na pewno nie można po cichu wyjechać.

W przyszłym roku znowu będę mieszkał w akademiku. Po tym roku mogę stwierdzić, że nie jest ani super, ani fatalnie. Na pewno na plus jest cena, to że daleko nie trzeba wychodzić aby się spotkać ze znajomymi oraz imprezy. Na minus zdecydowanie syf oraz niewielka przestrzeń. Jednak z pewnością życie tam jest doświadczeniem, którego nigdzie indziej się nie zdobędzie .

Kingdom Rush trylogia recenzja
1

Nie wiem jak wy, ale ja nigdy wcześniej nie spotkałem się z grą typu „tower defense”, a więc na polskie „obrona wieżą”, a seria gier „Kingdom Rush” właśnie pod ten gatunek podchodzi. Początkowo myślałem, że będzie to coś jak „Twierdza”. Po części jest, ale dużo fajniejsze.

Obecnie mamy 3 gry z serii „Kingdom Rush”. Pierwsza to właśnie „Kingdom Rush”, druga „Frontiers” i ostatnia „Origins”. Jeśli planujecie w te gry zagrać, to powinniście się z nimi zapoznawać w tej kolejności, bo wraz z każdą nową odsłoną pojawia się nowy wachlarz możliwości, bez którego poprzednie wersje wyglądają nieco ubogo . Tym bardziej warto w tej kolejności zagrać, bowiem pierwsza część jest od kilku miesięcy dostępna na Androida za darmo, pozostałe kosztują kilka złotych.

O co w tej grze chodzi? Mamy jedną dużą kampanię do wykonania, w której robimy misje jedna po drugiej. Zaczynamy mapę wraz z jednym bohaterem oraz pewną sumą pieniędzy. Za te pieniądze stawiamy (o dziwo!) wieże. Stawiamy je w wyznaczonych punktach, a mogą one być jednego z czterech typów – łucznicy, żołnierze, magowie, bombowcy. Każdy z nich jest na swój sposób dobry i jednym z zadań gracza będzie właściwie je dobrać. Gdy już rozmieścimy swoje oddziały rozpoczyna się bitwa. Pojawiają się fale wrogów, ale nie są one zainteresowane niszczeniem naszych wieży (no, większość). Będą próbowały przedrzeć się na koniec mapy (obszar oznaczony niebieską tarczą). Jeśli wróg przejdzie, zabiera nam jeden punkt życia chyba, że jest to bardziej wymagający przeciwnik, wówczas może wziąć ich nawet 5. Grę rozpoczynamy z 20 życiami. Warunkiem zwycięstwa na mapie jest zachowanie przynajmniej jednego życia, jednak im więcej zachowamy, tym lepszą ocenę końcową, wyrażoną w gwiazdkach, dostajemy. W trakcie gry możemy budować nowe wieże albo ulepszać istniejące. Czynimy to za pieniądze zdobyte przez zabijanie wrogów.

Z początku wydawało mi się, że jest to gra dla dzieci, bo sami widzicie, ta grafika i animacje raczej dla siedmiolatka niż dwudziestokilkulatka, ale na szczęście się myliłem. Gra jest wciągająca, nawet za bardzo, bo ile razy mówiłem „tylko jedna mapa”, a skończyło się na minimum trzech. Gra się przyjemnie, chociaż czasem potrafi doprowadzić do kurwicy, szczególnie jeśli przegrywamy przed samym końcem bitwy. Oprawa muzyczna i dźwiękowa jest w porządku. Duży plus za niezwykle luźny klimat w grze. Niemal każdy tekst wypowiadany przez naszą armię jest zerżniętym, znanym cytatem z popkultury (Say hello to my little friend! powinni kojarzyć wszyscy, którzy widzieli film „Scarface”). Do tego nawet na początku gry, kiedy mamy włączony samouczek z informacją jak budować wieże, ostatni punkt z wybudowanym obiektem nazywa się „w00t!”.

Cała seria „Kingdom Rush” jest naprawdę świetna i mogę wystawić ocenę 5/5. Mimo, że gier z gatunku „obrony wieżą” znajdziemy w Play Store kilka i mimo, że są one bardzo podobne, to jakoś nie jest to „Kingdom Rush” i nie potrafię w nie grać.

Gra jest także dostępna jako gra flash w przeglądarce internetowej, ale zdecydowanie lepiej gra się na ekranie dotykowym.

Jesteśmy przeciw małżeństwom jednej płci!
3

Dziękuję za głosy w ostatniej ankiecie. Można odetchnąć z ulgą.

Zdecydowane zwycięstwo przeciwników. Przypomnę, że sonda została rozpoczęta w momencie, gdy w Irlandii zakończyło się referendum w sprawie związków jednej płci. Większość Irlandczyków była zwolennikami, a przeciwników określano jako zacofanych.

Wynik naszej sondy pokazuje, że Polska nie będzie drugą Irlandią. W naszym głosowaniu udział wzięły głównie osoby młode, a więc te, które prędzej zaakceptują związki jednej płci niżeli osoby starsze, a mimo to takich związków nie akceptują.

Tak czy owak, świat idzie swoimi ścieżkami. Kilka dni temu nastąpiły dwa przełomowe wydarzenia.

1. Zmiana kodeksu ubioru w pewnej brytyjskiej szkole.
W koledżu Świętej Katarzyny zmieniono kodeks ubioru na uroczystości szkolne. Przez 650 lat kodeks ten wymagał ładnego ubioru od uczestników – chłopaki w garniturach pod krawatem, dziewczyny w sukience bądź spódniczce. Z tego kodeksu wykreślono słowa „chłopaki” oraz „dziewczyny”, co oznacza, że chłopak może przyjść na uroczystość w spódnicy, a dziewczyna w garniturze. Wszystko po to, by grupa tzw. „transseksualistów” mogła się czuć swobodnie. Na czele ruchu zmian stał ten… Ta oto pani… czy tam pan.

Spojler Pokaż

Święta Katarzyna pewnie patrzy na to z nieba i płacze…

2. Homoseksualizm legalny w USA
Nagle ktoś dopatrzył się, że zakaz małżeństw homo jest niezgodny z amerykańską konstytucją. Oznacza to, że we wszystkich stanach USA związki jednej płci są legalne. Barack Obama napisał na Twitterze:

Today is a big step in our march toward equality. Gay and lesbian couples now have the right to marry, just like anyone else. #LoveWins

Jak ja to dzisiaj mądrze stwierdziłem – kiedyś świat niszczył się wojnami, teraz niszczy się sam.

O tym temacie można by jeszcze dużo pisać, ale pewne jest, że w najbliższym czasie nie będzie w Polsce podobnego referendum jak w Irlandii. Póki co mamy referendum z JOWami oraz finansowaniem partii.

Nasz sprzeciw w ostatniej ankiecie mógł wynikać z wielu powodów. Jednym z nich jest wiara. Wszystkie znaczące religie uznają jako małżeństwo związek kobiety i mężczyzny. I akurat nie wiem, czy te „wszystkie znaczące religie” wymagają od swych wiernych chodzenia do kościoła, to jednak na pewno wymaga tego wiara katolicka, która jest w naszym kraju dominująca. Tyle teoria. A jak to wygląda w praktyce? Czy chodzicie do kościoła/cerkwi/meczetu/(wstaw tu swój)? Zapraszam do głosowania.