Polski Bus opinia
4

Kilka tygodni temu miałem okazję skorzystać z usług przewoźnika o wdzięcznej nazwie Polski Bus (albo jak sami się zwą, PolskiBus.com). Chciałem wypróbować alternatywną możliwość przyjazdu do domu. Poniżej opis co i jak wraz z opinią.

Zakup biletu
Podchodzimy do okienka na dworcu, mówimy dokąd i dostajemy bilet? Prawie, bo wówczas płacimy „karę” 5 zł. Przewoźnik zachęca nas do zakupu biletu przez internet. Wybieramy datę wyjazdu, ewentualnie datę powrotu, początek i koniec naszej podróży, a po chwili dostajemy wykaz dostępnych autobusów. Ilość miejsc w autobusie jest ograniczona i obowiązuje wcześniejsza rezerwacja – nie zdziwmy się więc, że akurat biletów może już nie być. Ceny biletów zależą od ilości wolnych miejsc – im więcej, tym taniej. Innymi słowy, im wcześniej kupimy bilet, powinien on być tańszy. Ja kupiłem z wyprzedzeniem 2-tygodniowym i widniała cena 15 zł. Maksymalna cena na mojej trasie wynosi 18 zł, więc jedynie na piwo zaoszczędziłem.

To wszystko z 2-tygodniowym wyprzedzeniem, więc gdyby się okazało, że tego dnia nie mogę pojechać, musiałbym zacząć bawić się w zwroty biletów.

Potem przechodzimy przez etap zapłaty przez internet. W międzyczasie okaże się, że dopłacimy 1 zł za rezerwację, więc w moim przypadku wyszło 16 zł. Ulg, jak u każdego prywaciorza, nie ma. Kupiłem bilet powrotny również, więc ostatecznie zapłaciłem 32 zł. W przeglądarce internetowej otrzymałem wygenerowany dokument (bilet) i podobny otrzymałem na mejla. Można go wydrukować albo spisać jedynie numer rezerwacji – bo to najważniejsze.

Podróż 1
Mój autobus rozpoczął bieg w Zakopanem, miał zakończyć w Berlinie, a po drodze zatrzymać się w kilku miastach. Tak się składa, że tamtego dnia w Zakopcu spadł już śnieg i (jak potem okazało się z podsłuchanych rozmów w autobusie) były ogromne korki, więc autobus zaliczył poślizg 20-minutowy, przy czym podróżni proszeni są o zjawienie się na przystanku 15 minut wcześniej – tak by załadować swoje rzeczy i punktualnie odjechać.

W międzyczasie przyjechało kilka innych Polskich Busów, każdy z nich opatrzony numerkiem na tablicy elektronicznej, więc musimy szukać „naszego” – numerek znajdziemy na bilecie, jest skrzętnie schowany w numerze rezerwacji.

Wreszcie przyjechał autobus, na który czekałem. Najpierw oczywiście wysiadali ci, którzy podróż już skończyli, otrzymali swoje torby, a potem zabrano się za pakowanie toreb wsiadających – nie były one oznaczane, więc teoretycznie można czyjąś podpieprzyć. Potem kolejka do środka. Każdy musiał pokazać bilet, część (w tym ja) miała go wydrukowanego na papierze, ale sporo osób stało z telefonami, na których mieli wgrany mejl z biletem. To oczywiście było nieco bardziej problematyczne, bo potem kierowca, który miał listę wszystkich wsiadających na danym przystanku, nie widział dobrze numeru rezerwacji i trwało to chwilę dłużej niż w moim przypadku. Spojrzał na moją kartkę, potem na swoją – ciach fajka na liście wsiadających – był komplet fajek, a akurat wchodziłem ostatni.

Wchodzę po schodach wyżej, pełno ludzi. Nie wiem czy na bilecie był numer fotela; myślę, że nie. Znalazłem wolne miejsce na samym przodzie, w sumie to nawet dwa. Grzecznie zapytałem, czy można i usiadłem.

Po chwili z głośników puszczono nagranie, w którym życzy się pasażerom miłej podróży, prosi się o nie palenie itd. Oprócz tego informacja, że w autobusie jest wifi i pod siedzeniem gniazdko z prądem. Gniazdka nie znalazłem, bo już było ciemno, a o wifi to za dużo powiedzieć się nie da – z siecią połączyło, ale włączenie Google trwało sporo czasu, nie mówiąc o jakiś bardziej złożonych stronach. Korzystałem głównie z GG, chociaż jak przez dłuższy czas nie dostawałem wiadomości, zorientowałem się, że mnie rozłączyło… I połączyło ponownie dopiero po wyłączeniu i włączeniu wifi.

Wyruszyliśmy z poślizgiem, ale czas przejazdu był w miarę punktualny. Podróż była komfortowa, cicha, towarzysz podróżny założył słuchawki i sobie drzemał. Na miejscu odebraliśmy nasz bagaż (jedna duża torba w bagażniku, mała przy sobie w autobusie – limit) i się rozeszliśmy.

Podróż 2
Powrót wyglądał niemal identycznie, tylko tym razem autobus jechał z Berlina do Zakopca, ale przyjechał przed czasem. Przede mną do autobusu wsiadała dziewczyna, którą określiłbym jako „córcia tatusia” – ojciec pilnował, by wsiadła do autobusu, na mnie krzywo gapił się przez chwilę, przypomniał córuni, by zadzwoniła jak będzie na miejscu, a kierowcę wypytał jeszcze o szczegóły trasy. Kierowca za to go ponaglał, by spierdalał , bo musi odhaczać kto wsiada. Przy pakowaniu torby do bagażnika otrzymałem naklejkę z numerem – w przeciwieństwie do wcześniejszej jazdy, chociaż przy odebraniu bagaży nie pytali o kwit. Wsiadłem ponownie jako ostatni i zacząłem szukać miejsca. Usiadłem nieco bliżej środka autobusu, bo kolejny raz był niemal komplet. Gniazdka z prądem wciąż nie znalazłem, o wifi nadal nie ma co mówić, czasowo wszystko w porządku.

Czym ta podróż się różniła? Pasażerami. A konkretnie ich kulturą. Wcześniej jechałem wieczorem, gdy większość była zmęczona i nie miała ochoty na głupstwa. Teraz jechałem po południu i z tyłu było towarzystwo, które wsiadło w Berlinie, więc całkiem z rana. Zachowywali się głośno – to mało powiedziane. Całą podróż darli mordę, z pół godziny komentowali kibel w autobusie. Gdy jedna dziewczyna z tej kliki stwierdziła, że pierwszy raz była siku w autobusie, po kilku minutach odezwał się chłopak „więc mówisz, że robiłaś to pierwszy raz w autobusie? HAHAHA”. To „HAHAHA” to już oczywiście cała grupka. Ludzie tylko spoglądali, co to za dziwacy, ale oni sobie nic z tego nie robili. Nikt z załogi Polskiego Busa nie zwrócił im uwagi. Chciałem poczytać książkę, ale tak mnie głowa zaczęła od ich krzyków boleć, że po prostu cierpliwie przeczekałem – w końcu moja podróż zajmuje mniej niż półtorej godziny.

Przed moim wyjściem, grupa rozbawionych towarzyszy, których zacząłem posądzać o bycie „po spożyciu”, chciała przeprosić wszystkich. Jeden osobnik zaczął mówić „trzy, czte-ry”, a po nim miało paść wspólne „PRZE-PRA-SZA-MY”. Jak dzieci w podstawówce. Zajęło im to dobrą chwilę, bo w momencie odliczania, część grupki już wypaliła co mieli powiedzieć. W końcu wspólne „PRZE-PRA-SZAMY”. A po chwili jeden dodał „będzie gorzej. HAHAHA”.

Oprócz tego zachowania innych pasażerów typu wietrzenie skarpetek (buty ściągnięte) czy zajmowanie dwóch miejsc (a każde miejsce z rezerwacją), mnie osobiście drażnią.

Dlatego tej podroży miło nie będę wspominać.

Cenowo się opłaca
Maksymalna cena biletu w moim przypadku to 19 zł (chyba, że wcześniej z ulgą), a dla porównania na tej samej trasie kursują pociągi dwóch przewodników – Regionalne i Intercity. Cena ze zniżką studencką (połowa):
Regionalne: 13,50 zł. Bez rezerwacji.
Intercity: 18 zł. Rezerwacja.

Co oznacza, że ceny biletów bez ulg wynoszą odpowiednio około 27 zł i 36 zł. Jeśli kupiłbym bilet na Polskiego Busa nawet z „karą” 5 zł za zakup w kasie, wychodzi 24 zł, czyli różnica do Intercity aż 12 zł! To już całkiem poważny pieniądz.

Czy warto?
Jednoznacznej odpowiedzi nie da się postawić. Jeśli mamy zniżki na przejazdy kolejowe, to Polski Bus wyjdzie kilka złotych więcej, jeśli zniżek nie mamy to oferta przewoźnika autobusowego jest godna uwagi. Do tego podróż jest szybka i dosyć wygodna. Ostateczna ocena zależy więc od naszych współpodróżnych – hołota może się trafić. Tak samo zresztą jak w pociągu.

W moim przypadku Polski Bus wykonuje 3 kursy na dzień, kolej nieco więcej. Łącząc to z moimi ulgami studenckimi oraz systemem rezerwacji przez internet, raczej nie będę z ich usług korzystał. Mówię oczywiście o chwili obecnej, bo w przyszłości na pewno będę mieć ich ofertę na uwadze – szczególnie, gdy ulgi się skończą.

Kto wygra batalię o klienta?
Myślę, że rola autobusowych prywaciorzy będzie systematycznie rosnąć w najbliższych latach – jest coraz więcej przewoźników oferujących takie usługi, a Polski Bus jest z pewnością w tej chwili liderem. Przypuszczam, że coraz więcej osób zacznie sprawdzać takie oferty i odbije się to na przewoźnikach kolejowych. Może wymusi to obniżkę cen na kolei, a wówczas sytuacja na rynku przewozowym będzie dla podróżnych naprawdę ciekawa!

1151 osób na jednej focie
0

I wystarcza do tego aparat Nokii z 5 megapikseli.

Kartka z pamiętnika akademikowego 4
14

Dzisiaj krótko i treściwie. Wróciłem na krótko do domu, a mam pełno obowiązków.

Po przeprowadzce
W ostatniej notce pisałem, że będę zmieniać pokój. Mam to już za sobą, nowy współlokator jest całkiem w porządku, a co najważniejsze – chce się uczyć! Nie to co mój „były”, jak to mówię o swoim byłym współlokatorze.

Integracja piętra
Na piętrze, gdzie mieszkałem przez 1,5 miesiąca byliśmy ze sobą nieźle zintegrowani – każdy każdego znał, coś o sobie wiedzieliśmy i mogliśmy o wszystkim rozmawiać. Nowe piętro jest nieco inne – każdy zaszywa się w swoim pokoju i nawet na korytarzu się nie przywitają, a spuszczają wzrok w dół. O co chodzi?

Naliczyłem dotychczas z 3 parki, które mieszkają razem w pokoju i, jak to napisał Gudio pod poprzednią „Kartką” o moim akademiku:

Jedyny pozytyw u ciebie to charakter dziewczyn. Tutaj ciężko jakąś poznać, bo albo jest z chłopakiem all the time, albo zostaje przy starych znajomościach i nie chce nawiązywać nowych.

jest już teraz nieaktualne. Chociaż staram się rozkręcić towarzystwo i małymi kroczkami idziemy w dobrym kierunku – z sąsiadami dogaduję się bez problemu (akurat też parka), a sąsiad lubi muzykę z lat osiemdziesiątych jak ja i zaproponował kiedyś wypad na dyskotekę z muzyką lat 80. z naszymi partnerkami. O ja cię, to może być najlepsza dyskoteka na jaką w życiu chyba pójdę! Już nie tylko słuchać muzyki z tamtych lat, ale bawić się przy niej do rana – miodzio.

W sobotni wieczór zrobiliśmy małą imprezkę – ja, współlokator, sąsiad i sąsiadka, najpierw piwko w plenerze, potem przeniesienie do akademika, gdzie dołączyła do nas moja wybranka serca i spędziliśmy fajnie czas przy darmowej pizzy. Współlokator wypalił, że jego kumpel pracuje w pizzerii i zamawiał jemu pizze za darmo. Na co ja powiedziałem „to spróbuj coś załatwić”. Zadzwonił i naprawdę po godzinie przyjechała pizza.

Ciekawe co pomyślał dostawca, gdy się go pytaliśmy „czy zapłacona?”. „Tacy najebani, że nie wiedzą, czy zapłacili?”.

Na koniec chcieliśmy zrobić psikusa innej parce – chłopak w porządku, ale dziewczyna ma w nosie wszystkich, gdy z nią rozmawiasz to ona daje odpowiedzi „na odpierdol się”. Na korytarzu było kilka szaf i chcieliśmy jedną z nich przesunąć pod ich pokój. Wychodzę z sąsiadem, ale zauważamy uchylone drzwi – nie śpią. Reszta towarzystwa patrzy na nas wychylona z pokoju. Akurat w tym momencie z toalety wychodzi chłopak, który mieszkał w tym pokoju. Spojrzeliśmy w jego stronę i zrobiliśmy odwrót. Dziwnie to wyglądało.

Na końcu szafa wylądowała w jednej kabinie toaletowej. Są 3 kabiny, z czego jedna jest od miesiąca zamknięta z powieszoną kartką „awaria”. Otworzyliśmy ją (zna się sztuczki…) i kartkę przykleiliśmy na drugi kibel. W takim układzie
Kibel 1: szafa w środku.
Kibel 2: zamknięty z kartką „awaria”.
Kibel 3: otwarty, ale niesprawny, bez spłuczki.

Ubaw był niezły (jakiś najebany koleś próbował przeskoczyć szafę), ale kolejnego dnia wzięło mnie sumienie oraz jak się dowiedziałem, że było to dziecinne. Ah, jaki wpływ mają kobiety na nas facetów!

Świat jest mały
Ostatnio odbyły się targi pracy organizowane przez szkołę, drugie w tym roku akademickim, więc tempo niezłe. Akurat były one w niedogodnej dla mnie porze, więc wyskoczyłem tylko na godzinkę podczas okienka, pozbierać długopisy, flamastry czy jojo. O tych targach pracy nie ma co się rozpisywać, ponieważ były one niemal identyczne jak te, w których uczestniczyłem pół roku temu. Sporo nazw potencjalnych pracodawców się powtarzało, więc wciąż nie uzbierali wystarczającej liczby idiotów chętnych do założenia działalności gospodarczej.

W każdym razie, podchodząc do jednego ze stoiska, poczułem się nieco dziwnie. Kobieta, która stała po drugiej stronie, wydawała się mi jakaś znajoma, ale za cholerę nie umiałem sobie przypomnieć kogo mi przypomina. Gdy podszedłem do niej i się przywitałem, ta niemal od razu wystrzeliła:
– Nie wiem dlaczego, ale ja pana skądś kojarzę. Czy pan mnie zna?
– (w myślach – o kurwa)

Omal nie wybuchnąłem śmiechem, bo już byłem pewny, że my się znamy, ale nie wiedziałem kto to. Odparłem więc, że jej nie znam, a ona że spoko. Zaczęła opowiadać o firmie w której pracuje, ale jakoś jej specjalnie nie słuchałem, bo cały czas rozkminiałem kto to jest. I po wsłuchaniu się w jej głos skojarzyłem, że uczyła mnie dwa lata temu angielskiego na studiach. Kurwa, moja nauczycielka! Ale wstyd. Nie miałem żadnych pytań, zabrałem długopis, grzecznie podziękowałem i się pożegnałem, mając w myślach jaką gafę dałem.

Świat jest mały, spotkać 100 km dalej swoją nauczycielkę angielskiego, która teraz pracuje w poważnej korporacji, nieźle.

A kolejnego dnia przypomniałem sobie, jak ona się nazywała .

Słodkość
Ile dalibyście za ciasto widoczne na poniższym obrazku?

Spojler Pokaż

Poprawka dla neonów w Malibu
1

Znalazłem całkiem przypadkowo krótki poradnik, jak naprawić niedziałające światła Malibu. Nie żeby się przepaliły, ale programiści Rockstara zrobili złą instalację .

Powyżej porównanie bez poprawki/z poprawką. Wygląda rzeczywiście ładnie.

Należy otworzyć notatnikiem plik VC\data\maps\oceandn\oceandN.ide, odnaleźć linijkę 3690, od_clubneon, od_clubout, 1, 100, 44, 21, 6 i zmienić 100 na 4000, po czym zapisać plik i cieszyć się neonami.