Rezerwacja miejsca w środku transportu nie ma sensu
4

Rezerwacja konkretnego siedzenia w pociągu czy autobusie ma sens, ale chyba tylko w komputerowych symulatorach.

Nie wiem dokładnie jaka była geneza, ale domyślam się, że rezerwacje miejsc w samolotach istniały od ho-ho. Potem w ślad za nimi poszło PKP Intercity, które do pewnego momentu oferowało zakup wyłącznie biletów bez wskazania miejsca. Główny skutek był taki, że obłożenie pociągu przewyższało liczbę dostępnych miejsc (co wciąż można czasem obserwować w kolejach regionalnych, gdzie rezerwacji nie ma). A ponadto miało to zahamować „dzicz” rzucającą się na pierwsze wolne miejsca.

Podczas mojej kilkuletniej jazdy pociągami Intercity zauważyłem jedno – system ten sprawdza się w około 80%. Obłożenie nadal może być większe niż liczba miejsc, wówczas dostaje się bilet bez gwarancji miejsca, co jednak nie oznacza, że nie można się komuś „wepchnąć”. Gwarancja miejsca jest tylko do momentu, gdy ktoś na naszym miejscu nie siedzi. A sytuacje są różne – ktoś nie rozkminił jak działa numeracja w pociągach, ktoś chciał siedzieć obok kogoś, ktoś chciał siedzieć przodem do kierunku jazdy. Wtedy zamiast zająć przydzielone miejsce, zaczyna się kombinowanie i „efekt domina” – jeden usiądzie nie na swoim miejscu i mamy podłoże do bałaganu gotowe.

Na ogół jednak w sytuacjach „pani siedzi na moim miejscu”, bodajże 99% spraw których byłem świadkiem i których uczestniczyłem kończyło się polubownie tzn. osoba, która podsiadła ustępowała miejsca lub prosiła o zamianę miejsc (ja siedzę na pani miejscu, pani pójdzie na moje). Awantur o to nigdy nie widziałem – a były nawet prośby i błagania, które spotkały się z kontrą „nie obchodzi mnie to, ja tu siedzę”, tak czy owak zawsze dało się to załatwić. Ten 1% był załatwiany za pośrednictwem konduktora, ale to dotyczyło już „podejrzanych typków”.

I tu zaczyna się moja historia.

Przez ostatni rok podróżowałem Polskim Busem, był to mój powrót do tego przewoźnika z racji konkurencyjności ceny w stosunku do kolei (rezerwacja wyjazdu 2 tygodnie wcześniej na busa i kolej to w moim przypadku różnica nawet 50%!). Do maja tego roku w busach szkockiego właściciela nie było rezerwacji. Tym samym przy wsiadaniu do pojazdu było trochę wspomnianej „dziczy” z wpychaniem się, bo każdy chciał zająć jak najlepsze miejsce.

Od czerwca przewoźnik oferuje bilety wyłącznie* z rezerwacją miejsca. Na internecie w komentarzach ludzie się cieszyli, że w końcu koniec z wpychaniem się i gdy ktoś zajmie czyjeś miejsce, będzie można go wyeksmitować z uśmiechem na ustach. Ja w tym czasie po doświadczeniach z Intercity miałem obawy i moje kolejne podróże (3 lub 4) w pełni je uzasadniły.

Podczas podróży sprawdzałem na mapie autokaru, dostępnej przy zakupie biletu, które miejsca są obłożone. Wystarczyło się rozejrzeć i wniosek był prosty – na mapie część miejsc oznaczone były jako puste, a były zajęte (nieraz nawet dwa miejsca, przez pasażera rozkładającego się jak królewicz).

To wszystko było nic do czasu, gdy ktoś mnie nie podsiadł. Wchodzę do autobusu, patrzę i czyjeś ciuchy leżą na moim miejscu. Po chwili zjawiły się dwie kobiety, które to były sprawcami zamieszania. Po moich doświadczeniach z podróży pociągami, zwróciłem pasażerkom na to uwagę wiedząc, że takie sprawy nie są problematyczne i da się dogadać.

Pierwszy raz w historii byłem świadkiem, że się nie da.

Jedna z pań zaczęła podniesionym głosem mówić, że się stąd nie rusza, czym prędzej zajmując nieswoje miejsce. Stwierdziła, że ktoś ją podsiadł i ogólnie nie ma ochoty nawet drążyć tematu, bo się stąd nie ruszy.

Byłem zszokowany, że po tylu latach jazdy pociągiem spotkałem się z tak agresywnym odzewem pasażera. Poszedłem z tą sprawą do kierowcy, na co on zaproponował polubowne załatwienie sprawy poprzez zajęcie miejsca za nim (a przy okazji, ekhem). Byłem nadal nieco zniesmaczony, gdyż chwilę wcześniej, gdy obcokrajowiec, nieumiejący po polsku, zajął miejsce czyjegoś pasażera, kierowca nakazał mu zmianę miejsca.

W tym miejscu wyjaśniam gwiazdkę wyżej – rezerwacja jest, ale nie zawsze, np. gdy kupujemy bilety przez pośrednika, w szczególności za granicą. Wówczas mamy bilet bez numeru miejsca ale, zgodnie z regulaminem, gdy zgłosi się ktoś z rezerwacją miejsca, taki osobnik ma obowiązek się przesiąść.

A regulamin dokładnie przestudiowałem, bo w tej sprawie wystosowałem zażalenie do Polskiego Busa. Całą sytuację opisałem jak wyżej, powołałem się na kilka punktów regulaminu oraz zarzuciłem, że moja podróż, wbrew ich hasła reklamowego „szybko tanio komfortowo” nie była komfortowa.

Odpowiedź była trochę „kopiuj-wklej” stwierdzająca, że gdybym miał miejsce premium (5 zł dopłaty do biletu za miejsce przy przedniej szybie – ?!?!?!) to wówczas przysługiwałaby mi jakaś rekompensata, a tak to pocałuj mnie w rzyć.

Od tamtego czasu przestałem podróżować Polskim Busem. Fakt, zbiegło się to w czasie z kupnem samochodu, nie mniej jednak zastanowię się dwa razy nim będę chciał z usług tego przewoźnika skorzystać.

A wy też uważacie, że rezerwacja miejsca to lek na całe zło? Czy może początek problemów?

(Nie)zły internet
1

Ostatnio w kategorii polecanych na twitterze pojawił mi się obrazek wstawiony przez użytkownika Nostalgia, który wkleja różne przypominajki z lat dzieciństwa obecnych 30-40 latków. Wiadomo – dzieciństwo wspomina się fajnie nawet, jeśli była to komuna totalna:) .

Do rzeczy, oto obrazek:

Przekaz grafiki jest jasny – dzisiaj dzieci siedzą cały dzień na internecie i gdy w końcu uda się zmusić pociechę do zrobienia zadania domowego, używa się w tym celu internetu.

Tak się składa, że jestem pokoleniem „przejściowym” w tej kwestii. Gdy szedłem do podstawówki komputer był rarytasem (nie mówiąc o internecie), encyklopedie były drogie, więc głównym źródłem informacji był szkolny podręcznik i rodzic. Gdy kończyłem studia, byliśmy już dawno po smartfonowej rewolucji, internet jest powszechnie dostępny, każdy ma swoją komórkę i komputer, a zabranie którejś z tych rzeczy równało się końcu świata.

I wcale nie uważam, że „skończenie szkoły bez google” ma wydźwięk jednoznacznie ganiący dzisiejsze dzieciaki. Rozumiem i w pełni popieram tę nagonkę o ile jest ona wymierzona w lenistwo tzn. zamiast chwycić za podręcznik i poczytać np. jak rozwiązać równanie kwadratowe w matematyce, wolą wklepać równanie w internet i spisać wynik. Nie popieram jej natomiast jeśli chodzi o kwestię poszerzania wiedzy.

Przy pisaniu pracy magisterskiej korzystałem z wielu pozycji literatury, ale nie ukrywam, że bez pomocy internetu finalny kształt pracy byłby o wiele uboższy. Dziś wiele naukowych publikacji jest ogólnodostępnych w internecie i jest to zbiór właściwie nieskończony, w przeciwieństwie do murów biblioteki, które są ograniczone. Skany książek z Google Books, fora dyskusyjne poruszające tematy mi potrzebne czy programy komputerowe do symulacji zdarzeń to kolejne przykłady, jakie bogactwo przydatnych treści ma w sobie internet. A trzeba tylko chcieć je odkryć…

Zjedzony samolot
1

Kiedyś przy przeglądaniu jednej z codziennych gazet znalazłem notatkę o facecie, który rzekomo zjadł poniższy samolot (taki Dodo )

Oczywiście nie nastąpiło to od razu, trwało tylko… 10 lat. Nie mniej jednak wyczyn godny zastanowienia jak to możliwe. Ten samolot, a także wiele innych rzeczy niemożliwych do zjedzenia połknął Michel Lotito, który w młodości odkrył swoje umiejętności i korzystał z nich do końca życia – zmarł w 2007 roku niby z powodów naturalnych, ale coś wierzyć się nie chce.

Chciałem dobrze wyszło jak zawsze
7

W marcu zeszłego roku postanowiłem ulżyć graczom GTA Vice City, którzy przez 14 lat (tak, tyle minęło już od premiery VC!) nie potrafili przejść NAJTRUDNIEJSZEJ MISJI W GTA czyli „Demolition Man” – przenoszenie bomb sterowanym helikopterkiem na teren budowy wieżowca.

Stworzony przez mnie mod był w budowie prosty jak cep, obsługa była banalna jak drut (naciśnięcie w trakcie misji jednego klawisza), a instrukcja była rozpisana na kilkanaście linijek, by łopatologicznie wytłumaczyć gdzie umieścić właściwy plik oraz, że mod działa tylko w obrębie misji J .

Na dzień dzisiejszy film promujący czut ma 35 tysięcy wyświetleń oraz 246 „łapek”, z czego 67% jest… W dół.

Pierwsze komentarze na YT były w stylu „zrób wersję na iOS”, „jak to włączyć”, „skąd ściągnąć”, „mam błąd”, „dzięki, działa, w końcu przeszedłem”.

Oczywiście cierpliwie odpowiadałem na pytania wypisując „link jest w opisie filmu” czy „wewnątrz archiwum jest instrukcja” lub „naciśnij i przytrzymaj zero 0”. Po jakimś czasie jednak zacząłem mieć wrażenie, że się powtarzam, bo wypisywałem tylko te trzy komentarze.

Mój film został zalany komentarzami, że „nie działa” lub „jak to włączyć”. Większość pisana łamaną angielszczyzną, nazywając mnie ich bratem (mam chyba sporą rodzinę w takim razie), a pseudonimy komentujących wskazują na bliskowschodnią nację (nie wiem czemu, ale patrząc na prośby o CHLENIX to mam wrażenie, że właśnie osoby tego pokroju piszą te komentarze). W końcu zostałem oskarżony o to, że całość jest fejkiem i marnuję ludziom czas.

No cóż, chciałem dobrze…

…ale na ludzką leniwość, głupotę i analfabetyzm nic nie poradzę.

A na komentarze powyższego typu przestałem odpisywać. Szkoda mojego czasu.

Aha i pod filmami przedstawiającymi podobne mody do Dildo Dodo i The Driver sprawa wygląda podobnie, ale jakoś nie ma tyle „łapek w dół”.