Max Payne 3 recenzja
6

W 2001 roku pierwszy raz zetknąłem się z Maxem Paynem. Była to wersja demo i nikt raczej się nie spodziewał, żeby gra osiągnęła sukces na tak ogromną skalę, stając się elementem popkultury graczy. Grając we wspomniane demo miałem ciary, bo mój wiek był zaniżony o połowę w stosunku do ograniczenia wiekowego gry, ale co tam . Telefon dzwoniący, krzyki z piętra… Tak rozpoczyna się historia Maxa Payne’a. Po wielu latach postanowiłem zagrać ponownie na komórce. Potem przyszła kolej na kontynuację przygód. I kto by się spodziewał, że musiało minąć 10 lat od premiery drugiej części, by fani otrzymali część trzecią?

Twórcy (tym razem nie Remedy, a Rockstar) postanowili iść z postacią Maxa w innym kierunku. Nie jest już gliniarzem, który zabija wszystkich odpowiedzialnych za śmierć swojej żony i córki przy użyciu zawsze na czasie bullet time’u. Tym razem jest prywatnym ochroniarzem, który ma zabić wszystkich, którzy polują na jego bogatych szefów. Taki zwrot jest rzeczywiście ciekawy i dopisuje fajną kartę do historii tragicznej postaci.

Wprowadzenie (jak i inne przerywniki w grze) zostało wykonane naprawdę świetnie, chociaż nie jestem fanem ciągłego rozmazywania kolorów i napisów na ekranie. Max postanawia pójść naprzód ze swoim życiem, jednak nie umie tego dokonać na trzeźwo. Trafia do Brazylii, w której ani on, ani zapewne gracz nie będzie rozumiał co się do niego mówi.

Już w pierwszych minutach widać, że Rockstar kompletnie chybiło jeśli chodzi o postać głównego bohatera. Zamknięty w klimacie noir, uwikłany między komiksami, używający spowolnienia czasu i tabletek przeciwbólowych, rzucający od czasu do czasu jakże uszczypliwą, ale pasującą ironią – takiego Maxa znaliśmy. Mimo upływu 10 lat, bohater robi efektowne wygibasy jak nigdy, używając spowolnienia czasu właściwie ciągle (wraz z każdym skokiem), tabletki przeciwbólowe są mu jedynie potrzebne do ostatniej szansy, za sprawą czego jest właściwie nieśmiertelny. A ironie jak są, tak są – tylko tym razem jest ich za dużo.

Zagłębiając się w rozgrywkę nie można się oprzeć wrażeniu, że teraz Max jest już strzelanką z krwi i kości. Tylko czy tego chcieli gracze? Max wspominał, że oni chcieli, bym został mordercę. Można interpretować dwojako, kim są „oni”…

Sposób opowiedzenia kolejnego rozdziału w życiu byłego gliniarza został wysoko oceniony przez media bliskie grom komputerowym i nie sposób się z tym nie zgodzić, chociaż osobiście wolałbym widzieć Payne’a jako ochroniarza dla więcej niż jednej rodziny. Brazylia okazała się ciekawym miejscem na przeniesienie akcji z racji wysokiego wskaźnika przestępczości, o którym na co dzień się nie słyszy (polecam magazyn „Detektyw” z stycznia 2017, artykuł „Krwawa samba gangów”).

A osobiście brakuje mi możliwość zapisu gry tam gdzie ja chcę.

Biorąc pod uwagę noty wystawione przeze mnie poprzednim częściom serii (4 i 4-), trzecia odsłona otrzymuje solidne 4. Byłoby może 5-, gdybyśmy sterowali „byłym gliniarzem, któremu wymordowano rodzinę, który potrafi spowalniać czas i nie boi się karkołomnych akcji”. Jest to jednak Max Payne, osoba z przeszłością, która to przeszłość jest w grze właściwie nieobecna. A szkoda, bo wtedy być może otrzymalibyśmy grę bliższej dwóm pierwszym częściom.

Kolejne podejście „GTA prawdziwe życie”
0

Znalazłem to w sugestiach YT.

A wy mieliście jakieś filmy na pożegnanie szkoły średniej? Ja nie – były jakieś plany, ale chyba to było takie durne, że cieszę się, iż nie doszło to do skutku .

Smog i darmowa komunikacja – pomysł nie tyle chybiony, co idiotyczny
2

Podczas gdy w wielu polskich miastach, normy szkodliwych pyłów są przekraczane i 10-krotnie, władze tychże miast decydują się wprowadzać czasem dni z darmową komunikacją miejską. Na papierze pomysł ten wydaje się być fajny, po przyjrzeniu się bliżej szczegółom jest bez sensu, a po zagłębieniu się w temat okazuje się kompletnie zbyteczny…

Chociaż daleko nam jeszcze do warunków, jakie panują choćby w Chinach, problem smogu staje się w Polsce wszechobecny, szczególnie w okresie zimowym. Wyszukuje się różne przyczyny zjawiska, robiąc jednak niewiele w tej kwestii – w końcu problem rośnie z roku na rok.

W czasie smogu nie powinno się wykonywać żadnych aktywności fizycznych. Pewnego razu w dzień, kiedy normy były kilkukrotnie przekroczone, postanowiłem wybrać się do sklepu położonego w odległości zajmującej 10-15 minut dojścia na nogach. Gdy wróciłem czułem się źle, nos mnie swędział i ogólnie miałem dosyć. Nie wiem na ile winowajcą był tutaj smog, ale od tamtej pory unikam takich wypadów, przebywając na powietrzu jedynie tyle, co potrzeba, a zakupy robić w bliższych sklepach.

Jednym z pomysłów na powierzchowne pozbycie się problemu smogu miało być wprowadzenie darmowej komunikacji miejskiej. Brzmi ciekawie, zamiast iść 10-15 minut w jedną stronę, mogę przejść 5 minut na przystanek i jechać drugie tyle autobusem pod sklep. Niestety, rzeczywistość nie jest tak różowa. Darmowa komunikacja przysługuje najczęściej jedynie osobom posiadającym samochód. Co to oznacza? Że jak jeździsz cały rok do pracy samochodem, masz nagle, na 1 dzień, zostawić samochód, wziąć ze sobą dowód rejestracyjny (= unieruchomienie pojazdu) i tułać się autobusem (a skoro nie robisz tego na co dzień, żeby dojeżdżać do pracy, idzie to w parze z tym, że masz przystanki nie po drodze lub w dalekiej odległości, lub przesiadki po drodze itd.). Ja jako osoba bez samochodu mam obowiązek kupić bilet. Absurd, ale tak niestety jest.

Mogę stwierdzić bez cienia wątpliwości, że niewielki procent ludzi zamieni tego dnia samochód na autobus (i, uwaga, informacja o darmowej komunikacji może się pojawić o północy ). Liczby te mogą potwierdzić kontrolerzy w Krakowie, którzy przeprowadzili pewnego dnia 640 kontroli (co jest według mnie naciąganą liczbą – ja na miesiąc mam 1 kontrolę biletową MAKSYMALNIE… Dobra, raz w życiu miałem dwie, ale tylko dlatego że przesiadłem się z kanarem do innego autobusu ). Na 640 kontroli podczas jednej średnio ok. 2,5 osoby skorzystało z przywileju danym właścicielom samochodu. Biorąc pod uwagę, że jednym kursem podróżuje po kilkadziesiąt osób, jest to wynik… Mizerny.

Co by było, gdyby rzeczywiście drogi opustoszały w dniu „darmowej komunikacji”? W sumie niewiele. Smog jak był, tak wciąż by był. W końcu ruch samochodowy stanowi jakieś 10% tego niebezpiecznego zjawiska (dane na podstawie materiału „Wydarzenia”, tutaj podobna infografika).

Podsumowując – władze miast niech sobie darują darmową komunikację, a jak już, niech nie dzielą pasażerów na lepszych i gorszych – szczególnie, że do lepszych zaliczają się osoby (w niewielkim jednak stopniu) odpowiadające za trucie mieszkańców.

Przy okazji, warto zobaczyć poniższą mapkę sprzed 5 lat pokazujących stężenie PM10. Czy to nie ciekawe, że największe stężenie zatrzymują się na granicach administracyjnych Polski? Można sobie zażartować, że sąsiedzi postawili ogromne wiatraki odpychające zanieczyszczenia , ale osoby ciekawe mogą podrążyć temat.

Postal 2 Paradise Lost recenzja
2

Znowu się widzimy co?

Postal 2 zasłynął jako gra kontrowersyjna. Z kolei Postal 2: Paradise Lost zasłynął z tego, że ukazał się jako oficjalny dodatek do gry po ponad 10 latach od premiery (pisałem o tym tutaj). Ale co innego można było zrobić, skoro Postal 3 wyszedł kiepsko?

Ogarnąwszy wersję kompletną Postala 2, na której składała się podstawowa wersja gry (z Share The Pain), dodatek Apocalypse Weekend i wreszcie Paradise Lost, postanowiłem zrobić sobie maraton z grą. Zajęło mi to sporo czasu, ale wolałem przypomnieć sobie dokładnie fabułę przed przystąpieniem do Paradise Lost.

Zacząłem więc od podstawowej wersji, którą przeszedłem po raz trzeci w życiu. Pierwsze co rzuca się w oczy, to nieco odświeżony silnik gry i szata graficzna, chociaż niewiele to dało i jak widać upływ czasu grze nie służy.

Rozgrywamy fabułę od poniedziałku do piątku i wplatamy się w kolejne tarapaty, jakże życiowe. Dowolność wykonywania misji, otwarty świat, otwarte budynki i zawsze dwa sposoby na wykonanie misji (zabranie z półki sklepowej kartonu z mlekiem i odczekanie długiej kolejki by zapłacić za nie albo po prostu wyjść bez zapłaty i zmierzyć się z bandą talibów) – to najmocniejsze cechy gry, które w momencie wydania (rok 2003) ją wyróżniały. Do tego dorzucono czarny humor, dekapitację głównych części ciała oraz możliwość załatwienia swych potrzeb (za co gra miała otrzymać w ocenach okrągłe zera). A co ważne dla polskiego gracza – pełny dubbing i świetny podkład głosu pod głównego bohatera.

Grę przechodzę bez problemu, piątek kończymy wiadomo jak i gra się kończy, automatycznie uruchamiając Apocalypse Weekend. Jak sama nazwa wskazuje, do głównej fabuły dołączono dni wolne i tym samym mamy pełny tydzień z Kolesiem (głównym bohaterem).

Przy Apocalypse Weekend widać świetnie jak mocnymi cechami była otwartość świata i dowolność w podejściu do misji. Tutaj brakuje tych cech, fabuła jest mało spójna, dużo niepotrzebnie przedłużanych segmentów jak w bazie talibów czy w wojsku, które tylko pokazują, że jako strzelanka Postal 2 jest co najwyżej przeciętny. W zamian za to pojawiły się ładnie zrobione przerywniki filmowe, nowe fragmenty miasta, kilka dodatkowych broni (maczeta!) oraz jeszcze bardziej zajeżdżający ironią Koleś.

Zakończenie dla mnie było co najmniej głupie

Spojler Pokaż

Ale dobra, niedziela za nami i Koleś odjeżdża w siną dal, a ja notuję na swoim koncie drugie ukończenie gry. Zabieram się za Paradise Lost, bo tutaj nie wiedziałem co na mnie czeka i byłem ciekawy, co po 10 latach można było do gry dodać.

Trafiamy ponownie do miasteczka Paradise. Układ miasta pozostał jako tako bez zmian, ale dokonano kilku zmian w budynkach, np. w miejsce centrum handlowego jest klinika dla zwierząt o bardzo ciekawej nazwie . W przeciwieństwie do Saints Row 3 i 4, gdzie użyto tej samej mapy i miałem o to pretensje, tutaj nie mam żadnych zastrzeżeń (hej, w końcu niektórzy wrócili do gry po 10 latach!). Ruszając w 5-dniową przygodę spotykamy starych znajomych, którzy pomogą osiągnąć nasz cel – odnaleźć kogoś ważnego. Na podróż dostajemy kilka nowych broni oraz pigułki pozwalające na noszenie dwóch broni jednocześnie przez chwilę (bezużyteczne dla mnie).

Rozpiszę się o fabule. Musze przyznać, że

Spojler Pokaż

Nie miałem żadnych oczekiwań w stosunku do gry, więc nie mogę powiedzieć, że jestem rozczarowany. Nie mniej jednak uważam, że grę stać było na dużo, dużo, dużo więcej. Przeszedłem Paradise Lost po raz pierwszy. I póki co po raz ostatni. Czy kiedykolwiek do gry wrócę? Jeżeli za 10 lat dostaniemy kolejny dodatek, czemu nie…

Ocena finalna: -4/5.