Testy rekrutacyjne – czy kogoś pogrzało?
2

Przeglądając oferty pracy, od czasu do czasu odpowiadam na jakąś, wysyłając swoje CV i wypełniając krótki kwestionariusz. Również od czasu do czasu ktoś moje CV czyta (a przynajmniej tak mi się wydaje) i zdarza się, że kolejnym etapem rekrutacji są testy sprawdzające umiejętności. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że są one po prostu popier*olone.

Testy polegają na spocznięciu przed komputerem i zapewnieniem przynajmniej kilkunastu minut ciszy. Ty, monitor, ewentualnie kalkulator i coś do pisania. Wchodzimy na odpowiednią stronę internetową, na której czeka na nas test. I wtedy się zaczyna…

Grzech wspólny – czas ucieka, powrotu nie ma
Są różne typy testów (kilka z nich niżej), ale jeden element jest zawsze.

Pracownik umiejący pracować pod presją czasu jest ceniony (chociaż według mnie dobry pracownik potrafi sobie rozłożyć pracę w czasie). Wydaje się więc poniekąd oczywiste, że na wykonanie testu jest ograniczona ilość czasu.

Na początku testu jesteśmy informowani, że na rozwiązanie X zadań mamy Y czasu. Szybka kalkulacja na ogół wskazuje, że na jedno pytanie będzie mniej bądź więcej jedna minuta.

Rozwiązując test mamy cały czas podgląd na ilość pozostałego czasu (o ironio). I jeśli nad pewnym zadaniem spędzimy więcej niż wyszacowaną wcześniej minutę, to możemy zacząć odczuwać stres, który przy czytaniu po raz kolejny niezrozumiałego polecenia może być początkiem końca.

Na domiar złego na ogół nie ma możliwości powrotu do już odpowiedzianego pytania. Nie możemy więc wrócić i sprawdzić nasze odpowiedzi, bo zostało nam jeszcze zanadto czasu. Nie. Musisz wiedzieć ile czasu zajmą ci wszystkie pytania w teście mimo, że ich nie znasz. Kompletny absurd. Według mnie powinna być pełna swoboda w przewijaniu pytań, a sam test może nie powinien być ograniczony czasowo, a jedynie mieć zaznaczone, że szybkie udzielanie (prawidłowych, rzecz jasna) odpowiedzi będzie odnotowane.

Test językowy – od przedszkola do zagranicy
OK, jakiś język obcy w jakimś stopniu każdy z nas zna, a tego pracodawcy coraz częściej oczekują. Jednym z testów, do którego miałem okazję podejść, był test z języka obcego. Nie wiedziałem czego mogę się spodziewać, więc bez obaw kliknąłem w „Rozpocznij”.

Test był podzielony na kilka etapów. W pierwszym, o dziwo, była w przeważającej większości powtórka gramatyki. Tak, ta sama gramatyka, którą w pewnym etapie życia się nauczysz, potem przez co najmniej kilka lat ją wałkujesz w kółko, a na końcu i tak jej nie umiesz!

Jakieś zdanie, w środku luka i cztery odpowiedzi, trzeba wybrać właściwą. Dużo z nich różniło się czasem (np. play/playing/played). Poziom trudności dla mnie oceniałbym jako średni, momentami łatwy. Ten etap przeszedłem pomyślnie i rozpoczął się kolejny.

Poziom trudności gwałtownie wzrósł. Gramatyka była trudna, podchwytliwa, a do tego pojawiały się pytania o zwroty. Na przykład, jeśli idziesz z kimś do restauracji i nie zamierzasz zapłacić rachunku to jesteś (i tu 4 narodowości; najprawdopodobniej chodziło o to).

Mimo dużej koncentracji (nie próbowałem wspomagać się internetem), na typ etapie poległem.

Test logicznego myślenia – obrazek mądrzejszy od ciebie
Na samą myśl robi mi się niedobrze.

Ten powyżej akurat wydaje się być łatwy (jak inne „przykładowe testy rekrutacyjne”, które dosłownie przed chwilą przejrzałem). Nie zmienia to faktu, że takie testy nie mówią nic o logicznym myśleniu.

Sam uważam się za osobę rozsądną, która potrafi ocenić sytuację i podjąć właściwe działania. Nie zawsze, ale często. Logicznego testu nie przeszedłem.

Obrazki uświadomiły mi, że nie myślę. Dziękuję.

Test rozumowania werbalnego i liczbowego – czego ty chcesz
Czas na zabawę! Tylko komu do śmiechu?

Oba testy są do siebie podobne. W werbalnym mamy fragment tekstu, do którego dołączono kilka pytań, jednak odpowiadamy na nie „po kolei”. Przypomina to nieco czytanie ze zrozumieniem z tym wyjątkiem, że pytania są na ogół zawiłe i zbudowane z kilku zdań podrzędnie złożonych, co może przyprawić o ból głowy, a to nie jest wskazane, bo jak widzimy na powyższym rysunku, drobny szczegół jest decydujący.

Podobnie w teście liczbowym – tabelka lub wykres i kilka pytań, które po raz kolejny zostały zakręcone. Kilka razy nie potrafiłem zrozumieć pytania, no ale czas ucieka, szybko. A podobno powinno coś się liczyć…

Czy to koniec profesjonalizmu ze strony pracodawców?
Rozumiem, że na jedno stanowisko może spłynąć nawet kilkadziesiąt aplikacji i trzeba w jakiś sposób wybrać właściwego kandydata. Jednak testy nie są do tego dobrą metodą, bo nie odzwierciedlają wielu (a może i żadnych) cech potencjalnego pracownika.

Z drugiej strony, czy istnieje jakaś dobra metoda przerzedzenia podań, by jednocześnie nie zabierała ona wiecznie zabieganym osobom odpowiedzialnym za rekrutację za wiele czasu?

Wątpię.

Liga Ochrony Człowieka 2016
0

Idę sobie chodnikiem, pewien facet rozdaje ulotki. Z reguły je biorę, bo ma chłop jedną kartkę do rozdania mniej, a może akurat coś ciekawego będzie tam napisane.

W tym wypadku było.

Jeśli ktoś potrafi ułożyć z tego coś sensownego proszony jest o zostawienie komentarza .

Powiększenie.

Najwidoczniej nie jestem pierwszym, który takową informację otrzymał, bo wpisując „liga ochrony człowieka” w internetowa wyszukiwarkę wyskakuje całkiem sporo podobnych wpisów .

Porządny czut na Demolition Man
5

Kilka dni temu na GTAF pojawił się wpis pewnego użytkownika, który nie potrafił przejść misji „Demolition Man” (dla Avery’ego, latamy zabawkowym helikopterkiem i podkładamy bomby pod budowę). Nie jest on pierwszą osobą, która miała problem z tą misją, gdyż podobnych wpisów jest masa (być może nawet „The Driver”, a więc wyścig z Hillarym, nie jest aż tak trudny).

Szczerze to nie wiem, z czego trudności wynikają. Sam przeszedłem ją wczoraj dla własnej satysfakcji, bez problemu i właściwie z idealnym stanem helikoptera. Być może klawiszologia połączona z „łatwozapalnością” zabawki są gwoździem do trumny.

Ciekawostka: helikopter z misji ma 140% „życia”. Rockstar podrasował, ale najwidoczniej niewiele to dało.

W każdym razie użytkownik poprosił o pomoc w postaci „czutu bądź wskazówek”. Oto co odpisywali inni:
Odpowiedź 1: „lol na ludzi mających problem z tą misją” (podrzuca film wraz z wskazówkami).
Odpowiedź 2: „(…) próbuj, w końcu się uda”.
Odpowiedź 3: „Jeśli dobrze kojarzę to ta misja nie jest wymagana do ukończenia gry”.
Odpowiedź 4: „Nie da się pominąć tej misji. Możesz skołować inny zapis gry (…)”.
Odpowiedź 5: „Możesz nam podrzucić twój zapis, a ktoś przejdzie. Ja bym jednak dalej próbował”.
Odpowiedź 6: „Weź jakiś zapis gry”.
Odpowiedź 7: „Nie [, nie da się pominąć]. Praktyka, praktyka, praktyka (…)”.
Odpowiedź 8: „Ta misja nie jest trudna (…)”.
Odpowiedź 9: „Możesz poszukać po internecie wskazówek [geniusz!]. (…) Ja bym próbował dla własnej satysfakcji (…)”.

Dziewięć odpowiedzi, a żadna konkretna.

Spojler Pokaż

Mimo, że jak już wspominałem, dla mnie ta misja także nie jest trudna, to doskonale rozumiem co czuje osoba nie umiejąca się z nią poradzić. Pamiętam bowiem jak chciałem się jak najbliżej zbliżyć do 100% w GTA 3 na telefonie, trzeba było m.in. zrobić misje Paramedic, co przy gęstym ruchu ulicznym, konfiguracji gry jak na komputerze oraz gorszym sterowaniem dotykowym było dla mnie niemożliwe (prędzej czy później zniszczyłem karetkę i nie udało mi się dobić wymaganego poziomu). Co mam wtedy robić? Nadal próbować, bo w końcu się uda? A czy przypadkiem frustracja nie bierze wtedy góry?

Wkurzyłem się i podmieniłem sobie handling robiąc z karetki niezniszczalny i szybki pojazd .

Postanowiłem więc pomóc graczowi w inny sposób. Krótkie spojrzenie w kod gry i stworzyłem bardzo szybko prosty czut (na kilka linijek, kod źródłowy można znaleźć w temacie na forum), który „oszukuje grę”. Jak to robi?

Mamy za zadanie umieścić 4 bomby. Jeśli bomba zostanie umieszczona to zostanie ona „odhaczona” jako załatwiona i jeśli wszystkie cztery są odhaczone, to misja jest wygrana. Jak przystało na grę komputerową, bomba odhaczona ma wartość 1, nieodhaczona – 0. Jedyne co zrobiłem, to „wmówiłem” grze, że wszystkie cztery zostały podłożone, a gra sama już dalej kontynuuje. Prawda, że banalne?

Modyfikacja jest dostępna na gtagaraż. Nazwałem ją Demolition Man Cheat (DMC Run!), bo po wpisaniu w google „vice city demolition man” pojawia się sugestia „cheat” . Polecam obejrzenie filmu prezentującego mod, bo fajnie wyszedł .

Spojler Pokaż

Nie chciałbym się chwalić, ale jest to kolejna rzecz, w której znacząco wykorzystałem mój mission loader. Cholernie przydatne narzędzie, czemu wcześniej o czymś takim nie pomyślałem?

Aha i co najważniejsze – na forum pojawiła się inna odpowiedź „nie chcę śmiać się z autora tematu, ale co jest w tym trudnego?”.

Czasem ręce same się załamują .

AAA stażu szukam
1

Ostatnie doświadczenia tylko utrwaliły mnie w przekonaniu, że pracodawcy są oderwani od rzeczywistości i żądają zbyt wiele od potencjalnych kandydatów na pracowników.

Nie od dziś wiadomo, że idealnym kandydatem do pracy jest osoba, która kończy studia, zna biegle języki obce, jest ambitna i ma 2 lata doświadczenia. Jest to pewien paradoks sam w sobie – czy można po pięciu latach studiów mieć kilka lat doświadczenia?

Zacznijmy od początku. Jak zareagowalibyście, gdybyście mieli tylko 2 dni w tygodniu szkołę albo tylko 2 dni w tygodniu pracę (płatne jak normalne 40 godzin tygodniowo)? Zapewne nie jeden by się ucieszył, że mając aż 5 dni wolnych na tydzień można robić wszystko – imprezować, spać, podróżować, grać na komputerze (???).

Taka sytuacja spotkała mnie na ostatnim roku studiów. Niejeden zazdrości mi wolnego czasu. Ja jednak, już standardowo jak na siebie, postanowiłem wyjść przed szereg i nie obijać się przez ten czas. Jak dla mnie jest to idealna okazja, by poszukać na okres kilku miesięcy praktyki czy stażu, czyli połączyć wiedzę teoretyczną i praktyczną – ot to, co na ogół się nie udaje.

Zacząłem przeglądać oferty praktyk i staży w internecie oraz prasie. Niestety, ale sporo z nich musiałem opuścić, gdyż nie spełniałem warunku dyspozycyjności (!!!). Pracodawcy w ofertach skłaniają się do zatrudnienia studenta, ale ma on być dyspozycyjny 40 godzin tygodniowo lub co najmniej 4 dni.

Dla mnie ten warunek jest absurdalny. Przez cały okres studiów nie miałem nawet dnia wolnego (można? Można!), teraz mam całe 3 dni i dla pracodawcy to wciąż za mało. Kiedy więc mam zdobyć doświadczenie zawodowe? Po zakończonej nauce? Przecież powinno się je zdobyć wcześniej.

Pewien kolega dostał się na czwartym roku (5 dni zajęć w tygodniu) na płatne praktyki w Warszawie. Trwały one 4-5 dni w tygodniu, więc na zajęcia prawie nie chodził (wziął tzw. iosy oraz uczestniczył w miarę możliwości w zajęciach dla zaocznych). Skończyło się tak, że rok zaliczył z trudem – poprawki, drugie terminy. Gdyby nie to, że jest naprawdę bardzo ogarniętym facetem, prawdopodobnie jego przygoda ze studiami by się zakończyła. Ale udało mu się i teraz jest z pewnością na najlepszej pozycji w drodze po karierę. Tylko, czy tak to ma wyglądać?

Jeśli mógłbym zaapelować do wszystkich pracodawców, powiedziałbym im wprost – doceńcie to, że ludzie chcą się rozwijać i dajcie im możliwość. Nie dając im tej możliwości, nie macie potem prawa żądać od nich za wiele, a niestety to robicie.

Mam też apel do czytających studentów – róbcie co wakacje praktyki, bo warto. Prawdopodobnie będzie to wasz jedyny kontakt z pracą w wyuczonym kierunku do momentu zakończenia nauki.