Możemy narzekać na autobusy, kolej czy metro, ale z pewnością nie możemy powiedzieć, że są one niepotrzebne. Wolę skorzystać z komunikacji publicznej niż z samochodu z dwóch powodów. Po pierwsze, mam legitymację, a więc mogę kupić bilet ulgowy, czyli dojazd tańszy niż własnym samochodem. Po drugie, gdy mamy gorszy dzień, jazda samochodem może być dla nas niewskazana, wtedy tylko tyłek do autobusu i można robić co innego zamiast skupiać się na drodze. No właśnie, to trzeci argument – można wszystko robić.
Problemem dla mnie mogą być jedynie godziny odjazdów i przyjazdów. Bo wiadomo, nie ma dobrego rannego połączenia, które by mi leżało i na miejscu będę godzinę wcześniej. Godzina to jeszcze nic, bo można się czymś zająć. Ale co, gdy będziemy dwie lub trzy godziny przed czasem? Jeżeli nie potrafimy efektywnie wykorzystywać czasu, to połowę dnia mamy już zmarnowaną. Wtedy mimo wszystko musiałbym pojechać samochodem.
To było słowem wstępu. Mam taką oto sytuację – od kilku lat dojeżdżam pociągiem do szkoły. Kiedyś były pociągi o czasie, kiedy nocne marki kładły się dopiero spać. W ciągu dnia z kolei pociągów było sporo. Jednak od kilku lat sukcesywnie liczba połączeń jest obcinana. Co roku tłumaczenia przewoźnika kolejowego to samo – oni są biedni, a porobili wyniki, kiedy jeździ najmniej osób, więc trzeba zrobić „ciach”…
Nietrudno wyliczyć, że jeszcze kilka lat i okaże się, że kolej na mojej trasie zostanie całkowicie zlikwidowana. Można tutaj dostrzec analogiczną sytuację do polityki telewizji, w której chcemy na siłę wycofać pewien program. Mam na myśli dobranockę w TVP. Była coraz krótsza, o nieregularnych porach, poprzedzona długimi blokami reklamowymi. To zniechęciło widza. I potem mamy dumne ogłoszenie „niska oglądalność dobranocki – program zostaje wycofany”.
Zatem, jeżeli kursów w ciągu dnia będzie coraz mniej, to szansa, że godziny pozostałych kursów będą mi odpowiadać, staje się coraz mniejsza. Jeżeli mi nie będą pasować, to przesiądę się do innego autobusu albo wybiorę samochód. W ten sposób zmniejsza się liczba podróżujących. I wtedy przewoźnik ma swoje „wyniki” kiedy jeździ najmniej osób i mogą takie połączenie zlikwidować. I teraz drogi czytelniku wróć wzrokiem na początek tego akapitu.
Błędne koło? Zgadza się. W ten sposób zarówno przewoźnik, jak i pasażer są niezadowoleni. Pierwszy nie ma pieniędzy, drugi nie ma dojazdu.
Powiedzcie mi jak to możliwe, że np. w Holandii jeżdżą pociągi nawet co kilkanaście minut, czasem wypełnione, czasem puste, przejeżdżają przez wioski zabite dechami i IM SIĘ TO OPŁACA? A w naszym kraju NIC SIĘ NIE OPŁACA?