Jakiś czas temu uważałem, że wspólne mieszkanie z dziewczyną „bo jest moją dziewczyną” to coś, co obojgu nam wyszłoby na plus. Dzisiaj uważam niemal odwrotnie. A o tym, dlaczego niemal – niżej.
Zacznijmy od podstaw. Na pierwszym roku studiów kumpel z roku poznał po być może 3 miesiącach kobietę swojego życia. Dwa miesiące później zamieszkali razem. Szybko? No, to już inna kwestia. Trochę im wtedy zazdrościłem, że mogą tak. Nie mówiąc już o tym, jakie to było (wtedy) dla mnie fajne. Masz najbliższą ci osobę niemalże 24/7, okazja by się dotrzeć i w myśl „nie poznasz póki nie zamieszkasz” zobaczyć, czy jest szansa, żeby żyć wspólnie długo i szczęśliwie.
Żyłem w takim przekonaniu przez kilka lat. Par, które mieszkały razem poznałem kilka. Ja tymczasem nie miałem okazji, by tego posmakować z różnorakich przyczyn (bo zawsze jakieś „ale” musi być). Po jakimś czasie myślałem, że wszyscy tak robią, a ja jakoś nie mogę?!
Rozmawiałem o wspólnym zamieszkaniu ze swoją ukochaną jakiś czas temu. Ta zarzuciła mi, że na kocią łapę żyć nie będzie. No ale zaraz, jakie na kocią łapę? Tu chodzi o (czytaj powody z drugiego akapitu). Dalej nie? No ale dlaczego? Co złego jest w yyy „współlokatorstwie”?
Historia ta zbiegła się z momentem, jak do wynajętego przeze mnie mieszkania wprowadziła się parka. Myślałem, że to małżeństwo po trzydziestce – słodkie słówka, kanapki do pracy, gotowanie obiadów, bla bla. A tu guzik, jej brakuje do granicznego wieku jeszcze kilka lat, a małżeństwem nie są, ba, nawet nie są zaręczeni. Ich perypetie są dosyć ciekawe, ale żeby nie trwonić w szczegółach – ona co jakiś czas przebąkuje o ślubie, on nie ma zamiaru o tym słuchać. Gdy ona zaczyna drążyć temat, on się wkurza. Zachowują się jak małżeństwo z poprzedniego wieku (proszę nie mieć oddźwięku negatywnego z tym) czyli on przynosi forsę, a ona jest gospodynią domową… Albo raczej kurą domową.
Gdy zacząłem bliżej im się przyglądać (w myśl zasady „nie poznasz…”) muszę stwierdzić z pewnym przekonaniem, że w ich wypadku życie na kocią łapę – TAK, nie bójmy się tego słowa – jest wygodne, przede wszystkim dla niego. Wychodzi do pracy, śniadanie ma gotowe. Przychodzi z pracy, obiad na stole. Po obiedzie ma czas w zupełności dla siebie i swoje pierdoły, a ona zapiernicza. Źle nie żyje.
Po co się w takim razie żenić?
Właśnie. Nie ma po co.
Znaczy się, nie ma z jego perspektywy. Żyje sobie dobrze, a gdyby któregoś dnia stwierdził, że jej nie chce, może po prostu odejść, bo z drugiej strony nic go nie trzyma. A po ślubie? Dzieci, papiery, sądy, wykluczenie z kościoła. Furtka wyjścia się zamyka.
Wróćmy do przykładu mojego kolegi ze studiów. Mieszka ze swoją dziewczyną już ponad 5 lat. 2 lata temu się oświadczył. Póki co o ślubie słyszałem jedynie, że ma być, ale terminu nikt nie zna. Schemat poniekąd się powiela.
Czyli tak naprawdę mieszkanie z dziewczyną przed ślubem sprawdzi się jedynie w momencie, gdy związek się rozleci. W każdym innym jest to po prostu oddalanie wizji ślubu do ram czasowych nikomu nieznanych.
Jeśli się ze mną nie zgadzacie, zapraszam do zapoznania się z tym artykułem lub tym oraz tym.
A jeśli dalej nie mam racji, piszcie w komentarzach .
Dzisiaj więc uważam niemal odwrotnie niż jeszcze kilka lat temu. A niemal dlatego, że wciąż dostrzegam jakieś plusy we wspólnym pomieszkiwaniu. O ile nie trwa to lata i jest z wizją ślubu .